Serialowy zawrót głowy

Bardzo lubię portale zbierające informacje na temat książek czy filmów. Tworzę tam swoje listy dzieł już „zaliczonych” i tych, które jeszcze przede mną, oceniam, szukam inspiracji, a czasem nawet skrobnę jakąś recenzję. Na strony zajmujące się wyłącznie serialami jeszcze nie trafiłam – istnieją na pewno, ale boję się ich szukać, bo kiedy znajduję jakąś ciekawą nowość… wsiąkam. A właściwie wsiąkamy, bo mój i A. gust, jeśli chodzi o takie produkcje, przynajmniej częściowo się pokrywają. Wspólnie nie mogliśmy się oderwać od ekranu, gdy trafiliśmy na „Helix” o którym już tu kiedyś pisałam, z zapartym tchem śledziliśmy losy „Jessiki Jones”, teraz nadrabiamy starego dobrego „House’a”. Od kiedy mamy Netflixa, niewiele już staje na przeszkodzie, żeby być na bieżąco. Stety-niestety!

Poniżej kilka moich ulubionych pozycji, w kolejności od najlżejszej do najbardziej wyczerpującej psychicznie :> Raczej dla anglojęzycznych, a przynajmniej ja nie spotkałam się z polskimi napisami, inna sprawa że nie szukałam zbyt gorliwie. Enjoy!

Jane the Virgin

Jane ma niewiele ponad 20 lat, mieszka z matką i babcią i prowadzi dość spokojny tryb życia. Jest zorganizowana, tworzy listy „rzeczy do zrobienia” (coś o tym wiem – patrz wyżej!), świetnie radzi sobie z niespodziewanymi kryzysami i zażegnywaniem konfliktów (tu już się trochę różnimy). A kryzysów trochę się pojawi, bo, mimo że – jak wskazuje tytuł – Jane czeka z miłosnymi uniesieniami do ślubu, to bardzo szybko okazuje się, że za 9 miesięcy przyjdzie na świat dziecko (nie mam wyrzutów z powodu spoilera, bo „szybko” oznacza już pierwszy odcinek ;)) Ojcem nie jest narzeczony głównej bohaterki, a ona sama wciąż jest dziewicą, jak to więc możliwe? Cóż, po obejrzeniu 2 sezonów z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że to wcale nie najdziwniejsze ze zdarzeń, jakie dane jest nam obserwować w serialu. Czegóż tu nie ma! Romanse, zdrady, rodzinne konflikty, mezalianse, wzruszające pojednania, powroty po latach, tajemnice, policyjne pościgi, małe dramaty i radości macierzyństwa… prawdziwa telenowela. I takie jest właśnie założenie serii, wątek samego gatunku telenoweli pojawia się w nim zresztą dosyć często. Jednocześnie nawet w najbardziej poruszających momentach nie ma mowy o ckliwości i pretensjonalności rodem ze „Zbuntowanego anioła”, bo „Jane” utrzymana jest w niezwykle lekkim i żartobliwym klimacie. Wszystkie wydarzenia w przezabawny sposób komentuje narrator, dzięki któremu serial zdecydowanie wyróżnia się na tle innych obyczajówek (nie licząc równie wspaniałych „Gotowych na wszystko”, tam jednak były to raczej gorzkie i/lub ironiczne podsumowania nie zawsze mądrych posunięć bohaterek). A Jane z każdej opresji wychodzi cało, nawet jeśli na początku wydaje się to i nam, i jej niemożliwe ;) Polecam gorąco na rozluźnienie, relaks, deszczowy wieczór. Dla miłośników hiszpańskiego dodatkowo duuużo wstawek w tym pięknym języku :)

Grimm

Była „telenowela”, czas na baśń! Chociaż tej, podobnie jak prawdziwych opowieści braci Grimm, nie powinno się może słuchać do poduszki… Serial opowiada o młodym człowieku, który zaczyna dostrzegać, hmm, inną stronę rzeczywistości – a konkretnie drugą naturę pewnych ludzi. Szybko okazuje się, że to nie majaki, a moce odziedziczone po przodkach. Główny bohater ma za zadanie walczyć z wesenami (pół-ludźmi, pół-potworami), choć jak to zwykle bywa, równie szybko przekonuje się, że nie wszyscy zasługują na unicestwienie ;) Szczęśliwie Nick jest jednocześnie policjantem, co zdecydowanie ułatwia mu walkę z tymi, którzy nadal nie przystosowali się do życia w większościowo ludzkim społeczeństwie, a także pozwala czasami zamieść trudną sprawę pod dywan. O wątkach miłosnych nawet nie będę wspominać, bo nie chcę nikomu zepsuć niespodzianki – trochę się dzieje :D Serial zaczyna się dosyć „łagodnie”, każdy odcinek opowiada o innym wesenie, na koniec  ujętym przez dzielnych stróżow prawa; jednak w kolejnych sezonach robi się mroczno i raczej pesymistycznie. Drobne konflikty przeradzają się w niemal otwartą wojnę, wskutek czego jeszcze trudniej wytrzymać do następnego odcinka – a co dopiero do następnego sezonu, jak teraz, gdyż jesteśmy z Grimmem na bieżąco i musimy jakoś dotrwać do jesieni – aaa!

Continuum

Długo, bardzo długo Netflix napastował mnie tym tytułem… a na mnie takie zachęty działają jak płachta na byka, nie mogłam się więc przemóc by chociażby sprawdzić, o co w historii chodzi. W końcu, na sugestię A., obejrzeliśmy pierwszy odcinek i wsiąkliśmy od razu! W dużym skrócie: terroryści występujący przeciwko dominacji korporacji i ich kontroli nad życiem zwykłych ludzi cofają się z roku 2077 do naszej teraźniejszości i próbują zmienić bieg historii, w czym mniej lub bardziej skutecznie próbuje przeszkodzić im policjantka Kiera, która w 2012 znalazła się bynajmniej nie z własnej woli. Sci-fi, podróże w czasie i niewyjaśnialne paradoksy z nimi związane to jedno, ale serial urzekł mnie przede wszystkim postaciami. Główna bohaterka to mój ideał i absolutny wzór do naśladowania, a dodatkowo jest chyba jedyną postacią, co do której intencji ani przez chwilę nie mamy wątpliwości. Może dla niektórych ta kryształowość byłaby męcząca, ja jednak cieszę się, że mam komu kibicować, bo poza Kierą i Liber8 podróżuje w czasie też sporo innych osób, a wszyscy co chwila zmieniają plany i sojuszników. Szybko możemy się przekonać, że nic nie jest czarno-białe, niczyich motywów nie można uznać za ostateczne, a wrogów – za nieprzejednanych. Co naturalne, nie obejdzie się bez wątków politycznych i społecznych, podstępów, intryg… ale wszystko doskonale ze sobą współgra.

The Killing

Sama się sobie nie mogę nadziwić, że tak mnie wciągnęło. Od strony że tak powiem… estetycznej serial jest nieciekawy. Przynajmniej na pierwszy rzut oka, bo po kilku odcinkach zaczęłam ten minimalizm doceniać. Główni bohaterowie (w tym para detektywów próbujących rozwikłać zagadkę) nie są atrakcyjni, a do tego grają głównie mimiką i czasem trzeba naczekać się na jakąś dłuższą wypowiedź. Nie ma mowy o żywych kolorach, a na domiar złego w Seattle ciągle, ale serio – ciągle! – pada deszcz :P Przy takim zarysie możecie domyślać się klimatu. Rodzinna tragedia (niejedna – główną jest morderstwo popełnione na nastolatce), przy okazji sceny z życia elit, walka o władzę… i dużo, dużo smutku. A jednak nie sposób powstrzymać się przed kontynuowaniem oglądania, bo z odcinku na odcinek pojawiają się nowe tropy, nowi podejrzani, nowe sposoby na rozwikłanie zagadki. Jesteśmy po pierwszym sezonie – przed nami jeszcze trzy – i zaczynam rozumieć zamysł twórców serialu: skoro psychika bohaterów odsłaniana jest krok po kroczku, raz na kilka odcinków, to nic dziwnego, że jeden i ten sam wątek można ciągnąć przez kilkanaście ;) Być może brzmi to monotonnie i mało zachęcająco, według mnie jednak to jeden z najlepszych seriali, jakie widziałam. Prawdopodobnie z tych samych powodów, które w teorii mogłyby świadczyć na jego niekorzyść. Cóż, przyznaję że powolnego „True Detective” nie zdzierżyłam, „The Killing” ogląda się o wiele lepiej!

Tak sobie myślę, że trochę się w moich gustach jednak pozmieniało, każdy z moich ulubionych obecnie seriali ma bardzo mocny, jeśli nie wiodący, wątek policyjno-detektywistyczny – a może po prostu po kultowych „Przyjaciołach” czy „Teorii wielkiego podrywu” ciężko dać szansę komediom ;) Kandydaci jednak mile widziani, bo „Jane” i „Grimm” każą na siebie czekać kilka miesięcy, a „Continuum” skończymy pewnie w tym tygodniu. A oglądać tylko jeden serial naraz?… o nieee :P

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano | Skomentuj

Portugalski alfabet

zamek Maurow z dalekaZamek Maurów, Sintra

Do Lizbony chciałam pojechać… no nie, nie od zawsze :) ale na pewno odkąd zaczęłam trochę więcej podróżować i w głowie zrodził się (jakże oryginalny) plan odwiedzenia wszystkich europejskich stolic. Z wielu młodzieńczych pomysłów się wyrasta, ale z podróżniczych, uważam, nie ma żadnego powodu rezygnować, jak by banalne nie były. A  zatem, jak tylko A. dostał wolny tydzień i sprawdziliśmy, że o tej porze roku w Chile pogoda nie dopisuje ;) wybór padł właśnie na Portugalię.

Początkowo zamierzaliśmy zrobić objazdówkę w naszym standardowym stylu: 2 dni w jednym miejscu, nie dosypiamy, zwiedzamy od świtu do nocy i dalej w autobus. Portugalia w sumie daje takie możliwości, kraj nie jest w końcu duży, a cały tydzień w jednym mieście wydawał nam się stratą czasu. Z drugiej jednak strony potrzebowaliśmy też odpoczynku: A. jak zawsze, a ja dosyć wyjątkowo, po pracy i przygotowaniach do egzaminu z włoskiego. Obie te rzeczy zakończyły się (na to przynajmniej wygląda) bardzo pozytywnie i w nagrodę zafundowaliśmy sobie odrobinę luksusu, czyli noclegi wyłącznie w Lizbonie :D Swoją drogą wyszło to dość opłacalnie, bo szukaliśmy pokoju przez airbnb, a pociągi do pobliskich miasteczek były bardzo tanie.

widok z luku na miasto i zamek w LizbonieWidok z Łuku na Rua Augusta na Lizbonę

Rezultat? Lizbonę zwiedziliśmy dość dokładnie – chociaż oczywiście mowa tu o jej „turystycznej”, zabytkowej części. Zobaczyliśmy kilka muzeów, kościołów, ogrodów botanicznych, a nawet oceanarium. Bardzo dużo po prostu chodziliśmy, odkrywając nowe piękne widoki i zawsze jeszcze więcej schodów ;) Miasto jest niewątpliwie piękne i ma swój urok, chociaż… wiecie jak to jest, kiedy wszyscy namawiają was na przeczytanie książki/obejrzenie filmu, bo jest tak super, że po prostu NIE MOŻNA się nie zachwycić? No właśnie ;) Ja zaniemówiłam ze wzruszenia na widok oceanu, a nie wąskich uliczek czy zamku św. Jerzego (choć lubię się włóczyć po zaułkach, a zamki kocham z zasady). I chyba tak już zostanie, dzieła rąk ludzkich zawsze będą na mojej liście trochę niżej niż cuda natury. Podobnie czułam się w okolicznych miasteczkach. W Mafrze udało nam się zobaczyć wyłącznie jeden pałac i byłam tą wizytą całkiem usatysfakcjonowana, ale już w Sintrze, pełnej ślicznych kolorowych pałaców i zamków, największe wrażenie zrobiła na mnie przyroda.

Nie będę zanudzać szczegółowymi opisami wszystkich możliwych zabytków, bo po pierwsze sama nie lubię takowych czytać, a po drugie po coś w końcu mamy Wikipedię :P Kto koniecznie chce poznać moje zdanie na temat muzeum Gulbenkiana, tego zapraszam do serwisu tripadvisor! W zamian… skrócony portugalski alfabet ;)

A jak AZULEJOS – czyli kafelki. Zazwyczaj niebieskie, na co wskazuje sama nazwa (azul – niebieski) ale malowano je też na inne kolory. W Lizbonie jest świetne muzeum im poświęcone, zawiera też zbiory sztuki współczesnej w tym samym klimacie, ale kto nie przepada za muzeami, na azulejos natknie się tak czy inaczej, na ścianach czy to zabytków, czy metra, czy zwykłych domów.

20160616_153553You had one job!… 

20160617_135151B jak BACALHAU – czyli poczciwy dorsz. Przyrządzany na przeróżne sposoby: w formie ciastek z nadzieniem, zapiekany z serem, grillowany albo najbardziej tradycyjnie, a Bras, a więc tworzący z ziemniakami i cebulą coś na kształt sałatki. Idealny dla osób, które za rybami nie przepadają, jak ja, chociaż… nie zliczę, ile ryb w Portugalii zjadłam i chyba już się nie mogę dłużej oszukiwać. Z hukiem wylatują z listy nielubianych potraw!

E jak EURO – 2016 rzecz jasna. Tak jak meczów na co dzień nie oglądam, tak podczas mistrzostw nawet to lubię. Ale na pewno nie bylibyśmy na bieżąco, gdyby nie ten wyjazd, bo rozgrywki puszczano w TV w niemal każdym barze czy restauracji, gdzie akurat jedliśmy obiad/kolację. Nie udało mi się niestety załapać na zwycięstwo Polski nad Irlandią, ale Włochów oglądaliśmy na telebimie na największym placu Lizbony.

F jak FADO – nie wybraliśmy się na żaden koncert ani nic w tym rodzaju, ale Portugalczycy śpiewają też… na ulicy, tak po prostu. Nie wiem czy miało to jakiś związek z akurat świętowanymi dniami patronów Lizbony, a tym samym z luźniejszą atmosferą na mieście, ale było sympatyczne. Co więcej, spacerując wokół zamku natknęliśmy się na parę, która muzykowała (była to jak podejrzewam bardziej próba niż koncert) w pobliskim barze. Siedzieli na zewnątrz, więc poniekąd występ mamy zaliczony :P

G jak GINJINHA – innymi słowy wiśniówka. Skosztowaliśmy jej z czekoladowych kubeczków w jednym z barów/sklepów alkoholowych w Sintrze. Wiśnióweczką nigdy nie pogardzę, ale kompleksów nie musimy mieć. A. skomentował od razu: smakuje jak ta od twojej mamy! ;)

J jak JACARANDA – drzewo o prześlicznych fioletowych kwiatach. Nie spotkałam się jeszcze z takim, dlatego trafiało pod obiektyw na co drugiej ulicy ;) W porze, w której byliśmy w Lizbonie, kwiatuszki zaczęły akurat opadać i tworzyć na ziemi dywany.

20160615_162925Na oryginalnym i bardzo urokliwym cmentarzu Prazeres.

K jak KONIEC ŚWIATA – rzecz jasna z eurocentrycznego punktu widzenia ;) Będąc w Lizbonie nie mogliśmy nie zahaczyć o Cabo da Roca, czyli najbardziej wysunięty na zachód punkt naszego kontynentu. Wiało, ach wiało! – co dodatkowo utrudniało zrobienie jakiegokolwiek (ale przecież obowiązkowego w tej sytuacji) zdjęcia wśród masy innych podekscytowanych turystów. Jednak wrażenia moim zdaniem warte są tej wyprawy.

nasze ulubione jedzenie w restauracji nepalskiejN jak NEPAL – z jakichś powodów dzielnicę, w której mieszkaliśmy, szczególnie upodobali sobie Nepalczycy. Na każdym kroku natykaliśmy się na nepalskie sklepy, punkty usługowe i restauracje. W tych ostatnich zakochaliśmy się od razu: nasze ulubione azjatyckie składniki, potrawy mniej jednak pikantne niż indyjskie (to akurat plus dla mnie;)). W efekcie nepalskie knajpki odwiedzaliśmy średnio co drugi dzień, zajadając się ryżem na tysiąc sposobów.

O jak OCEAN – moja miłość do Wielkiej Wody jest nieustająca, a ocean, mimo że lodowaty (cóż – nie spodziewałam się niczego innego), zajął pierwsze miejsce w moim wodnym rankingu! Taki urok ma przede wszystkim obserwowany z Cabo da Roca.

plaza w Costa da Caparica - lodowata woda oceanuTu akurat plaża: Costa da Caparica

P jak PAŁACE – romantyczne, magiczne, bajkowe. Kto nie dotarł do moich zdjęć, niech wygoogluje „Palacio Pena Sintra” albo „Quinta da Regaleira”. Otoczone parkami w stylu angielskim (bardziej lasem wręcz) mogą przytłoczyć ilością wrażeń i kolorów – to raczej ten pierwszy – ale też zrelaksować, bo wśród drzew i stawów łatwo znaleźć spokojny zakątek.

Quinta - studnia…jak na przykład taka studnia. Cicho, samotnie… ;)

S jak SCHODY – przyzwyczailiśmy się do nich tak jakoś trzeciego dnia. Problem z Lizboną jest taki, że bez mapy (a często nawet i z jej pomocą) nigdy nie wiesz, gdzie poprowadzi cię następna ulica, a tym bardziej, czy pójdzie w górę czy w dół. W sumie, o ile są to schody, to jeszcze nie tak źle! Skręcanie „na czuja”, bo ta droga na pewno łączy się z tamtą, może się skończyć kilometrowym nadrabianiem.

20160615_160646T jak TRAMWAJE – może dla mieszkańców niektórych krajów to faktycznie atrakcja, przejechać się tramwajem, jak dla mnie kiedyś trolejbusem? :D Żółty wagonik wspinający się po stromej uliczce to niejako symbol Lizbony. O ile jednak skrzypienie starego, drewnianego i zatłoczonego pojazdu ma dla mnie urok może przez pierwsze 5 minut, o tyle rzeczywiście rozumiem zachęcanie do przejażdżki linią nr 28, która wozi zwykłych mieszkańców, ale już wśród odwiedzających określana jest jako turystyczna. Już same piesze wędrówki po mieście mogą przyprawić o zawrót głowy, widok aut hamujących w ostatniej chwili na wzniesieniu o palpitacje serca, cóż więc powiedzieć o uczuciu, gdy z odległości kilku centymetrów obserwujemy przeciskanie się tramwaju pomiędzy ścianami domów i ciasno zaparkowanymi samochodami. W niektórych miejscach piesi musieli przytulać się do budynków, by wagonik o nich nie zaczepił, a w innych słychać było zbiorowe „uuu!” pasażerów, gdy podjeżdżaliśmy wyjątkowo wysoko.

Z jak ZAKUPY – stołowaliśmy się głównie na mieście, portugalskie ceny są bowiem dość przyjazne (porównuję do włoskich, ale myślę, że i w złotówkach można uchronić się przed bankructwem). Jedno danie kosztowało nas średnio od 5 do 8 euro. Droższe były lody na mieście: ponad 3 euro za najmniejszą porcję, fakt jednak, że trafiliśmy wyłącznie do bardzo znanych i polecanych lodziarni. Natomiast miłym zaskoczeniem były ceny w supermarkecie, gdzie za tradycyjne ciastko „pastel de nata” wystarczyło zapłacić kilkanaście centów (uprzedzam wątpliwości: smakowało dokładnie tak samo jak to z eleganckiej cukierni), a za zwykłą bułkę… sześć. Tak, sześć centów! Tutaj nie widziałam w sklepach nic, co miałoby cenę obejmującą wyłącznie drugie miejsce po przecinku :P Większość produktów była rzecz jasna w bardziej standardowych cenach, a jeśli chodzi o zabytki, to czasami trzeba się przygotować na wydatki, niemniej i tak stwierdzam uroczyście, że Portugalia to niezły wybór, jeśli szukamy miejsca na urlop bez wydawania masy pieniędzy.

I tak się to toczyło… było pięknie i prawdziwie wakacyjnie. Kolejna podróż już zaplanowana – Sycylio przybywam! A może macie jakieś sugestie co do poślubnej? to w końcu już za rok… dokładnie za rok :)))

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , | Skomentuj

Uwaga: wpis optymistyczny!

Po tygodniu pogody w kratkę, z przeważającą liczbą dni deszczowych i/lub wymagających założenia kozaków (!) nad Mediolan wróciły upały i najbłękitniejsze niebo, mój ulubiony element tutejszej pogody. No serio, napatrzeć się nie mogę, to co będzie na Sycylii?! :D Wprawdzie na poniedziałek znów zapowiadane są opady, ale przynajmniej w weekend jesteśmy bezpieczni, specjalnie chyba na przyjazd gości (czy raczej gościówek).

Wraz z tą jakże sympatyczną aurą powróciła też wena blogowa! Choć biorąc pod uwagę intensywne zajęcia ostatnich i najbliższych tygodni, nie wiadomo na jak długo jej starczy. Z pisaniem jest jak z wakacjami: albo masz na nie czas, albo pieniądze ;) tutaj albo jest czas, albo… dzieje się coś, o czym warto by wspomnieć, tylko sił już brak. Aktualnie na tapecie wybór weselnego DJ-a, co okazuje się procesem wcale nie krótszym i łatwiejszym od podjęcia decyzji co do lokalu :> Po wysłaniu maili z zapytaniem o ofertę i wstępnej selekcji cenowej przeszliśmy do etapu Skype’a i miliona pytań do… trwało to prawie godzinę, a nie chcemy decydować bez porównania z innymi osobami, więc przed nami kolejne konferencje. Jak dobrze, że nie musimy egzaminować potencjalnych fotografów i kamerzystów!

Z pamiętnika przyszłej panny młodej: mój ostatni sen o weselu? Zero dekoracji, fatalna muzyka, do jedzenia jakieś gruszki i herbata :D nieznani mi goście, złośliwa obsługa i w roli sukni ślubnej lniana szata z długimi rękawami. Aha, i ślub bez obrączek, bo zapomnieliśmy. A zatem nie ma się czym stresować, bo tak źle być nie może :D

Kolejnym moim zajęciem powinna być nauka do egzaminu, który już za 3 tygodnie 8-O Nie mogę mieć jednak wyrzutów sumienia, bo ślęczenie nad gramatyką skutecznie uniemożliwia mi praca. Kolejna tymczasówka… ale póki co miała się skończyć wczoraj, a chcą mnie jeszcze w przyszłym tygodniu, więc nie jest źle. Niewiarygodne, jak pozytywnie może na człowieka wpłynąć codzienne wychodzenie do biura! Nawet jeśli pierwszy raz na własnej skórze doświadczam różnic pomiędzy północnymi i południowymi Włochami: pracę zaczynamy o 10, a współpracownicy z południa krzyczą zamiast rozmawiać (niekoniecznie tylko wtedy, gdy są zdenerwowani), a co niektórzy mają chyba dodatkowo ADHD :> Cóż – w każdym razie nie krzyczą na mnie, atmosfera jest bardzo przyjemna, a co jeszcze ważniejsze, to pierwsza firma, która tak wyróżnia się pod względem dbania o pracownika! Pewnie dlatego, że mała, naliczyłam do tej pory 5 stałych osób ;) Na rozmowie kwalifikacyjnej suma wypłaty padła w netto, co samo w sobie jest szokujące, a co więcej, już tę wypłatę otrzymałam: gotówka po dniu pracy zamiast przelewu po kilku tygodniach jest dużo bardziej motywująca ;)

…a na Sycylie i Lizbony jakoś zarobić trzeba! :D

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

Rozdzwonią się nam kwietne sady…

Dzieje się! Rocznica za rocznicą ;) Jutro mija rok od mojego przyjazdu do Milano. Niestety nie dane nam z A. spędzić tego dnia razem, bo o świcie wyruszam w podróż do ojczyzny. Mamy pecha do świętowania, ale nie ma przeproś, bo przede mną ważna misja…

Zastanawialiśmy się dzisiaj, co się od 21.04.2015 najbardziej zmieniło. A. stwierdził, że chodzi wcześniej spać – kładziemy się zazwyczaj o 1-2, tak że możecie sobie wyobrazić, jak wyglądał jego rytm dnia wcześniej :P Ja – cóż, nauczyłam się nowego języka, z niejaką szkodą dla poprzedniego; dokształciłam się kulinarnie; przyzwyczaiłam do upałów i jedzenia pomidorów (do bongo – nigdy); przeszłam więcej rozmów o pracę niż kiedykolwiek w Polsce… Ale w życiu nas obojga wydarzyło się coś jeszcze, i chyba nikogo już poniższym zdjęciem nie zaskoczę :)

13078144_10208306510314468_2029954111_oNagle na dalszy plan odeszło poszukiwanie pracy i sprawy domowe. Dwa wesela do zorganizowania!!! Rozmowy przy kolacji krążą wokół listy gości, moja przeglądarka w komputerze pełna jest zakładek-stron z pomysłami, rytuałem już stała się regularna aktualizacja tabelki w Excelu z wszelkimi możliwymi informacjami. Nasza codzienność to paniczne poszukiwanie zdjęć lokali, zżymanie się na lakoniczne odpowiedzi managerów restauracji, planowanie noclegów i transportu, łapanie się za głowę przy oglądaniu żenujących zabaw na filmikach z YouTube czy czytaniu wątków nt. „najgorszych weselnych pomysłów/zachowań/faux pas” (polecam forum Wizaż.pl, ku zabawie i przestrodze). Stawiać winietki czy nie, zapraszać z dziećmi czy bez, jakie potrawy wybrać – niby nie mamy wątpliwości, ale kto wie, ile jeszcze zagadek i decyzji przed nami. Lista wydaje się nigdy nie kończyć, a panny młode w internecie rozważają nawet kwestię poduszeczek na obrączki, co chyba nigdy nie przyszłoby mi do głowy! Hotele, suknie, kwiaty, torty, zaproszenia, kolory, muzyka, menu… Słyszysz ulubioną piosenkę? Zanotuj na listę do przekazania DJ-owi. Widzisz ładne dekoracje na wystawie? Zapamiętaj, może zrobimy podobne. Inspiracje są wszędzie: blogi, filmy (obejrzeliśmy nawet komedię w temacie! pierwszy raz EVER kiedy A. z własnej woli włączył film w tym gatunku), śluby znajomych… aż szkoda, że nie możemy wziąć pod uwagę wszystkich tych możliwości!

Po jakimś tygodniu czy dwóch niezbędny był odwyk: przygotowania zmieniły się w uzależnienie, a przecież nie mamy jeszcze potwierdzonej nawet daty. Na szczęście A., podchodzący do wszystkiego spokojnie i metodycznie, nie jest typowym przyszłym panem młodym, który na weselu ma się po prostu pojawić ;) Bardziej nawet niż ja przykłada wagę do szczegółów i zaangażuje się nawet w wybór bukietu czy koloru serwetek. Tym poważniejsza moja misja, o której wspomniałam na początku: do poniedziałku musimy zdecydować o wyborze sali, przynajmniej jeśli chcemy wybrać tę wstępnie zaklepaną. Jadę sama i z przykazaniem zrobienia zdjęć i filmików poglądowych oraz wypytania o każdy detal. Zero presji, co nie? :P

A to i tak dopiero początek, bo imprezy będą dwie – włoska (ślub cywilny) i polska (kościelny). Wprawdzie ta pierwsza wymaga zaledwie znalezienia restauracji, bo tu na północy Włoch nie ma tradycji organizowania dużych i tanecznych wesel, ale i tak lekko nie będzie. Przynajmniej moje zameldowanie na coś się przydało, bo jak się okazuje, ślub z nie-rezydentem kosztuje kilkaset euro ;)

Co jeszcze mogę dodać… Ekhm, trzymajcie kciuki? :D

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano | Skomentuj

Rocznica nie do świętowania

Zazwyczaj piszę o rzeczach przyjemnych, bo po pierwsze, po co siebie i czytelników dołować, a po drugie nie mam specjalnych powodów do narzekań (polityki nie licząc :P). Dziś jednak niespecjalnie miła rocznica, otóż okrągły roczek jestem bez stałej pracy. „Najdłuższe wakacje świata” już dawno temu przestały cieszyć, mimo że niestety widzę po sobie, że przyzwyczaiłam się do zarywania nocy, późnego wstawania i leniwego snucia się po mieszkaniu w piżamie. O nudzie nie ma mowy, bo ja generalnie się w swoim własnym doborowym towarzystwie nie nudzę nigdy; na szczęście nie jestem też w domu uwięziona i czy to zajęcia na kursie, czy wyjście na lunch lub jakąś wystawę są miłym sposobem na wypełnienie dnia. Zwłaszcza teraz, gdy wszędzie maszeruję ;) Ale nie da się ukryć, że pracy mi brakuje i to do tego stopnia, że przy ostatnim projekcie, w którym udało mi się wziąć udział, siedziałam kamieniem do późnej nocy, niestraszny był mi ból pleców i nadgarstka od klikania, co więcej – wstawałam z uśmiechem na twarzy i zadziwiałam szefostwo wydajnością.

Właśnie: żeby przedstawić sprawę jasno, powinnam też dodać, że brak „normalnego” etatu nie oznacza przecież, że przez ten rok nie robiłam nic. Przede wszystkim, każdy kto kiedykolwiek pracy poszukiwał zgodzi się ze mną, że sam ten proces to niezła harówka ;) A tak na serio, mam za sobą kilka epizodów pracy tymczasowej i wbrew temu, co myślałam o takowej wcześniej, wspominam je bardzo dobrze. W ostatniej (kontrola dokumentów bankowych i wprowadzanie danych) płaca za tydzień wyniosła prawie tyle, ile w Polsce na etacie za cztery, gdybym więc miała takie przygody raz w miesiącu, nie narzekałabym już naprawdę na nic!

A narzekają chyba wszyscy. We Włoszech mnóstwo jest młodych bezrobotnych, a najlepsze, na co może liczyć jakieś 90% z nich (moje prywatne, luźne obserwacje) to niskopłatny staż czy właśnie praca dorywcza. Być może trochę się tym pocieszam, ale naprawdę myślę, że w tym momencie w Polsce byłoby mi o wiele łatwiej coś znaleźć – chociażby ze względu na języki, których znajomością może się tu pochwalić wbrew pozorom coraz więcej osób. Wielu Włochów ma wciąż problem z angielskim, ale młodzi uczą się go już intensywnie, a imigranci z takiej, powiedzmy, Ameryki Południowej mają nade mną naturalną przewagę w postaci języka hiszpańskiego (który ukrył się w mojej głowie gdzieś w szarym kąciku i nie chce, łobuz, meldować się na żądanie!). Publiczne instytucje kulturalne, do których na początku się kierowałam, nie przyjmują tzw. kandydatur spontanicznych ani nie prowadzą rekrutacji, ponieważ pracę w nich można dostać wyłącznie na podstawie konkursu.

Kolejny problem to prawo pracy, czy może raczej podatkowe. Tak jak wspomniałam wcześniej, chętnie „ciągnęłabym” prace dorywcze, nawet mając przed sobą widmo groszowej emerytury, ale legalnie mogę otrzymać od jednej firmy tylko 5 tys. euro rocznie. Teoretycznie jeśli firma chce pracownika zatrzymać, powinna zaoferować mu stałe stanowisko, w praktyce… wiemy, co się dzieje. Mieliśmy z A. nieśmiałe plany zorganizowania kursów angielskiego w jego firmie, naturalnie ze mną w roli głównej, ale bardzo możliwe, że zostaną pokrzyżowane właśnie przez ten przepis (bo któremu księgowemu będzie się chciało użerać z biurokracją i szukać nowych sposobów na zapłatę, gdy może po prostu zatrudnić kogoś z własną działalnością gospodarczą, która mnie w tym momencie w ogóle się nie opłaca). A dodatkowo samo czekanie na wypłatę to oddzielna historia, standard to 1-2 miesiące. I tak np. według pewnej firmy obietnica „pieniądze prześlemy na konto do 10 d.m.” oznacza „18 d.m. wyślemy ci rachunek, który masz wypełnić i dopiero wtedy zrobimy przelew” :roll:

No, ulżyło mi :P Żeby już nie przymulać, zakończę akcentem ze wszech miar pozytywnym: SYCYLIA! Jedziemy w sierpniu, w końcu! Tak tak, też uważam, że to świetne posunięcie w kontekście powyższych narzekań i pewnej wielkiej imprezy do zorganizowania w przyszłym roku ;) ale ileż można mieszkać we Włoszech bez wyprawy nad morze?! I to jeszcze w miejsce, gdzie będziemy mieć (poniekąd) własny dom i cudną plażę 5 minut piechotą od niego. Nie mogę się wprost doczekać, nie wiem czy bardziej morza czy sycylijskich łakoci, o których słyszałam już tyle, że poprzeczka zawędrowała naprawdę wysoko. I taaaak waaarto żyć… :)

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano | Skomentuj

Wiosna, ach to Ty!

20160314_171506

Rozmawiałyśmy ostatnio ze znajomymi z kursu, że w tym kraju pewnych pór roku chyba po prostu nie ma. Dopiero co wyszliśmy z zimowych klimatów, a tu jak nie buchnęło zielenią, kwiatami, temperaturą ponad 20 stopni!… Lato jak nic. Nawet nam kwiatki na balkonie zakwitły – kolejny dowód, że najlepiej zostawiać je samym sobie i dadzą radę.

Żeby nie było tak pięknie, zawieruszyłam okulary przeciwsłoneczne, a teraz bez nich jak bez ręki, zwłaszcza że w ramach a) oszczędności na biletach i b) większego ruchu na moje zajęcia i w inne miejsca ruszam na piechotę zamiast łapać metro. 2 godziny takiego spaceru i nie mam siły na dodatkowe ćwiczenia ;) ale przynajmniej nadrabiam zaległości czytelnicze słuchając audiobooków – aktualnie „Paragraf 22″ Josepha Hellera, prześladują mnie książki o wojnie – i podziwiam widoki, które umykały mojej uwadze przy poruszaniu się komunikacją miejską.

20160411_172413

Okulary kupiłam drugie, niestety już zdążyły „się” zadrapać. A i inne wiosenno-letnie atrakcje mnie nie ominęły: dołączam do szacownego grona alergików… bo nie sądzę, by kichanie 5 razy pod rząd codziennie przez miesiąc można było potraktować jako zwykły katar. Trudno stwierdzić, na co ta alergia konkretnie, bo owszem, pojawia się na zewnątrz, ale też gdy siedzę cały dzień w domu, gdzie takich piękności, jak na powyższym zdjęciu, bynajmniej nie uświadczysz.

20160312_144802Teraz przynajmniej jesteśmy przygotowani na kaprysy pogody, ale gdy wiosna „zaatakowała” po raz pierwszy, rozkoszowaliśmy się nią jeszcze w zimowych kurtkach (oboje) i kozakach (to ja…) – a było to w Turynie jeszcze w marcu. Wybraliśmy się tam na jeden dzień ot tak, żeby pozwiedzać, dzięki czemu „zaliczyłam” w końcu kolejny region Włoch! Do tej pory poza Lombardią odwiedziłam tylko Weronę w Veneto i termy w Emilii Romanii ;)

Na liście marzeń mamy oczywiście Sycylię i Sardenię, ale nawet biorąc pod uwagę, że mamy tam takie czy inne miejscówki, nie jest to łatwa ani też tania wyprawa i szczerze powiedziawszy dużo prościej jest zorganizować wypad do jakiegoś innego europejskiego państwa… co też właśnie czynimy, trzymajcie kciuki. Wracając jednak do Turynu: miasto jest całkiem ładne, choć wyjechałam z niego z przykrym uczuciem, że praktycznie nie zobaczyliśmy nic z najważniejszych zabytków! Zamek z zewnątrz, bazylikę na wzgórzu tylko z daleeeka, tylko na chwilę zahaczyliśmy o kościół na Piazza San Carlo. Ale za to udało nam się odwiedzić 2 świetne miejsca: muzeum kina i muzeum Pietro Micca, poświęcone obronie miasta podczas oblężenia przez Francuzów. Nie wydaje się ciekawe, prawda? A jednak warto je odwiedzić, bo poza szczegółowym opisem budowy twierdzy i sposobów na jej obronę otrzymujemy możliwość zwiedzenia tuneli pod miastem, w których wspomniamy Pietro Micca wysadził ładunek wybuchowy (i przy okazji siebie), by tylko nie dopuścić do inwazji francuskiej. Muzeum kina dla odmiany chyba nie trzeba opisywać :) zdecydowanie jedno z najfajniejszych tego typu miejsc, w jakim kiedykolwiek byłam!

20160312_132849 20160312_125400

Po lewej rekonstrukcja studia scenarzysty, wraz z fragmentem scenariusza. Po prawej – plakaty filmowe.

Kolejna wycieczka – Sośniczany city! Połączona ze zwiedzaniem zgoła innych miejscówek ;)

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , | Skomentuj

Do zameldowania jeden krok :D

12776740_10207938991366724_630675601_oJako że dzisiaj znów o sprawach urzędowych, dla oddechu kilka zdjęć wiosennych – tu o zimie można już zapomnieć, chociaż pogoda jest kapryśna: jednego dnia deszcz i 5 stopni, kolejnego 18… W sobotę w Turynie (o tej wyprawie w kolejnym wpisie) było, jeśli wierzyć ulicznemu termometrowi, aż 23! Bez względu na liczbę kresek zmianę pór roku czuć w powietrzu coraz intensywniej. Na początek więc tradycyjny włoski prezent od A. z okazji Dnia Kobiet, czyli kwiat mimozy. Co ciekawe, mimosa to również nazwa bardzo smacznego i prostego w przygotowaniu drinka, białe wino z sokiem pomarańczowym. Polecam!

Ale – do rzeczy. Wczoraj minął dokładnie rok od kupienia biletu w jedną stronę, a dziś… poczyniłam pewne kroki, by z pomieszkującej turystki stać się w końcu oficjalnie mieszkanką Mediolanu. Wymagało to „zaledwie” kilkunastu stron przeróżnych dokumentów, zapewnień i zgód (A., że pozwala mi u siebie mieszkać ;)) umówienia się w urzędzie z dwuipółmiesięcznym* wyprzedzeniem i wreszcie wolnego dnia A., który nie chciał mnie rzucić samej na pastwę włoskim urzędnikom. Ci okazali się jednak po raz kolejny bardzo mili i pomocni – obsługujący mnie pan zaproponował, że zamiast zwykłego zameldowania w mieszkaniu możemy wpisać mnie jako „członka rodziny” A., co nie ma nic wspólnego z naszym stanem cywilnym, ale może mieć pozytywny wpływ na rozliczenia podatkowe ;) Tym samym A. stał się oficjalnie „capofamiglia” (głową rodziny) i udaje, że teraz to już muszę go słuchać ;) **

To jeszcze nie koniec zabawy: w najbliższych dniach do naszego mieszkania ma zawitać kolejny urzędnik, który sprawdzi, czy moja deklaracja jest zgodna z prawdą. Procedura jest jednakowa dla Włochów i obcokrajowców. Nie przewidujemy problemów, zwłaszcza że moje nazwisko jest i na domofonie przy wejściu do budynku, i na skrzynce na listy – chyba uwierzą ;)

Tak czy inaczej w urzędzie poszło niespodziewanie szybko i gładko – zaczynam zastanawiać się, gdzie ci słynni niekompetentni i nieprzyjemni urzędnicy?! Bo wierzcie lub nie, ale Włosi narzekają na załatwianie spraw tak samo jak my. Z mojego – fakt że jeszcze niewielkiego – doświadczenia wynika, że często bezpodstawnie, bo chociażby możliwość umówienia wizyty na konkretną godzinę dużo ułatwia. Z drugiej strony nie rozumiem, czemu np. proces zmiany adresu w banku wymaga specjalnej wizyty?… W Polsce największym wysiłkiem, jaki musiałam kiedykolwiek poczynić w związku z bankiem, było wysłanie skanu dowodu osobistego. Widać systemy obu krajów mogłyby się od siebie czegoś nauczyć…

12516913_10207938991326723_901669638_oZakwitła już i magnolia!

Wracając do zameldowania, na koniec pytanie, które zadał A., gdy już wracaliśmy do domu z poczuciem dobrze wykonanego zadania: „a właściwie po co to zrobiliśmy?” :) No tak, mieszkałam sobie tu spokojnie prawie rok i teoretycznie mogłabym tak dalej, mój pobyt nikomu tu nie zagraża, a wręcz nie interesuje i nikt nie chce mnie na ulicy legitymować. Zameldowanie przydaje się jednak, gdy chcesz:

  • założyć konto w banku
  • kiedyś ubiegać się o włoskie obywatelstwo (możliwe po co najmniej 5 latach legalnego pobytu… i chyba również pracy, ale i nad tym pracuję)
  • uczestniczyć w pewnych programach dla mieszkańców, np. bezpłatnych kursach
  • mieć święty spokój i świadomość, że papiery załatwione :)

 12842387_10207938991126718_1283440862_o

Wiosna na naszym balkonie. Kolejny dowód na to, że kwiatki rosną nam najlepiej, gdy damy im święty spokój ;)

*sprawdziłam: tak, właśnie tak się to pisze :D

**my sobie żartujemy, ale nie wszędzie tak jest; polecam test, na który dziś przypadkiem trafiłam:
http://matchinternational.org/how-many-laws-did-you-break-today/
Ja złamałam dziś tylko 6 „praw” :>

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , | Skomentuj

Złapał katar Katarzynę

Przyszła kryska na matyska: dziś po raz pierwszy odwiedziłam włoskiego lekarza. Wiekopomne to wydarzenie zawdzięczam (jak się okazało) przeziębieniu; w ramach terapii otrzymałam więc tylko aspirynę i zalecenie „naładowania baterii” – da się zrobić!

Sama wizyta różniła się nieco od tych, do których byłam przyzwyczajona w Polsce. Nie mam pojęcia, czy wszystkie przychodnie tak tu wyglądają, ale ta składa się z jednego tylko gabinetu i poczekalni, nie ma żadnych pielęgniarek, recepcjonistek ani numerków – przyjmuje (wg kolejności przyjścia) tylko jeden lekarz, zresztą przez zaledwie 3 godziny dziennie, co ma oczywiście wpływ na długość oczekiwania. Pierwszą próbę podjęłam już wczoraj i szybko zrezygnowałam, dziś przezornie przyszłam jeszcze przez otwarciem i… byłam chyba ósma :) Równiutko po godzinie udało mi się wejść do gabinetu, ale muszę przyznać, że atmosfera podczas wizyty zrekompensowała niedogodności, bo nasz lekarz (zapisałam się do niego z polecenia A.) jest przemiły, każdego odprowadza do drzwi, wita i żegna uściskiem dłoni i słowami „cieszę się, jeśli mogłem pomóc”. Przyznacie, że to już nowa jakość ;)

Nie da się ukryć jednak, że lekarzom jest tu trochę łatwiej. Wyżej opisana „procedura” dotyczy naszego lekarza rodzinnego, natomiast w przypadku potrzeby udania się do specjalisty wystarczy zadzwonić pod jeden (jeden!) numer, bez konieczności wiszenia na słuchawce czy biegania do wszystkich przychodni w okolicy. To, ile trzeba na tego specjalistę czekać, to już odrębna sprawa, ale na szczęście nie dane mi było jeszcze się o tym przekonać na własnej skórze. Dane pacjentów znajdują się od razu w systemie na komputerze lekarza, dzięki rejestracji za pomocą specjalnej karty, dzięki temu również wypisywaniem recepty nie trzeba się martwić: dostałam gustowny wydruk bez konieczności uzupełniania go o pieczątki itp. A że za kartą się sporo nachodziłam, to teraz kilka słów o niej – i o kilku innych ważnych włoskich dokumentach. Czyli dawno temu obiecany wpis „urzędowy”!

1. Codice fiscale: składa się z liter i cyfr, odpowiada w pewnym sensie naszemu PESEL-owi. Pierwszy i najważniejszy dokument, który można i trzeba załatwić we Włoszech. Można, bo zajmuje to raptem kilka minut bez zbędnych urzędniczych pytań, a trzeba, bo bez tego numeru nie otrzymamy wypłaty w pracy, nie kupimy telewizora na raty ani numeru telefonu. Poproszono mnie o jego wprowadzenie nawet podczas zamawiania przez internet biletów do muzeum ;) Ma służyć do, no cóż, częściowo na pewno do kontroli obywateli, ale niewątpliwie ułatwia życie, bo znajduje się we wszystkich bazach urzędów.

2. Tessera sanitaria: czyli karta z powyższym numerem, będąca dowodem ubezpieczenia i niezbędna u lekarza, jak również przy zakupie leków w aptece. Podobno te na receptę są tu bardzo tanie – okaże się w najbliższym czasie. Samo ubezpieczenie nie jest rzecz jasna problemem, kiedy ma się stałą pracę (nie jestem pewna, jak to wygląda w przypadku długotrwałej pracy-zlecenia – zdecydowanie mój miesięczny kontrakt mnie do ubezpieczenia nie upoważniał). W mojej sytuacji jedyną opcją było samodzielne uiszczenie opłaty, która nawet nie jest bardzo wysoka: niecałe 400 euro za rok kalendarzowy. Tak, niestety, kalendarzowy, co oznacza, że czy w listopadzie, czy w styczniu – zapłacimy tyle samo.

3. Residenza: zameldowanie. Jako mieszkanka Unii teoretycznie nie muszę się nim przejmować, bo nigdy nie spędzam we Włoszech całych 3 miesięcy, a to limit czasu, po którym (a właściwie przed którym) należy się zameldować. Zresztą nie wyobrażam sobie kogoś przyjeżdżającego na, dajmy na to, 3-miesięczne wakacje – a co – i przechodzącego przez tę całą biurokrację! Większe problemy mają cudzoziemcy spoza UE, którzy muszą uzyskać pozwolenie na pobyt. Byłam świadkiem zatrzymania i wylegitymowania obcokrajowca na ulicy, na szczęście dla chłopaka karabinierzy byli wyrozumiali. Jednak gdybym chciała kiedyś ubiegać się o włoskie obywatelstwo, legalny (udokumentowany) pobyt będzie podstawą do takiego wniosku, dlatego już od jakiegoś czasu kompletuję papierki. Poza oczywistymi, kopia dokumentu tożsamości czy codice fiscale, potrzebne jest m.in. wyżej opisane ubezpieczenie, zaświadczenie o zarobkach lub przynajmniej środkach własnych na utrzymanie, umowa o wynajem mieszkania… No i nie ma tak dobrze, że można sobie wziąć papiery i skoczyć do urzędu! Zarezerwowałam wizytę w styczniu na… środek marca. Wszystko zatem jeszcze przede mną ;)

Dolce vita, czyż nie? Polska i włoska biurokracja idą łeb w łeb ;)

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , | Skomentuj

Luty da się lubić!

Luty nieubłaganie zbliża się do końca – muszę przyznać, że nigdy wcześniej nie byłam tak boleśnie świadoma kolejnych mijających miesięcy! Nieuchronność upływu czasu podkreślił wczorajszy urodzinowy dzień, mimo że po raz pierwszy w życiu nie świętowałam go w żaden szczególny sposób. Wieczór spędziłam w barze razem ze znajomymi z włoskiego, w tym z dziewczyną, która tego samego dnia kończyła 25 lat (oj pamiętam te urodziny na Kicu!!) i która zapytała mnie o działający krem na zmarszczki. Chyba powinnam potraktować to jako komplement :P

Śmichy-chichy, ale fakty są takie, że podczas już niemal roku na obczyźnie owszem pogłębiły się moje zmarszczki „od śmiechu”, podczas gdy zniknęły całkowicie te od zdenerwowania! True story. Zasługa A., niewątpliwie :)

Tak się złożyło dodatkowo, że rozchorowaliśmy się oboje przed samym weekendem: A. kaszel męczył już od 2 tygodni, mnie powaliło prawdopodobnie połączenie tegoż kaszlu z zarazkami przywleczonymi ze szkoły. Oczywiste, że nie mieliśmy ochoty na żadne szczególne wyjścia czy imprezy. Tym bardziej więc cieszę się, że udało się nam przynajmniej poprzedni, walentynkowy weekend spędzić nieco ciekawiej. Jako stateczna i w słusznym wieku para :) wybraliśmy się do miejscowości uzdrowiskowej Salsomaggiore Terme – niewielkiego miasteczka słynącego z łaźni, zawodów sportowych i, jak się okazało, również konkursu Miss Italia. Decyzja została podjęta w piątek ok. północy, po szczegółowym porównaniu przeróżnych destynacji, warunków w hotelach, rozrywek i cen biletów kolejowych ;) W ten sposób, po zaledwie 1,5 godzinie podróży, zaliczyłam trzeci, po Lombardii i Wenecji Euganejskiej region – Emilia-Romania.

Atrakcje hotelowe obejmowały, jak się okazało, raptem jedną wannę z jacuzzi (przy okazji, kto wiedział że to słowo wymawia się z włoska, od nazwiska WŁOSKIEGO wynalazcy?…) i maleńką saunę; do tego w sobotę okazało się, że nie ma już na nie wolnych godzin. Wieczór umiliła nam więc przepyszna kolacja w bezpretensjonalnej rodzinnej restauracji: grzyby i trufle w niesamowitych ilościach! – zaś z jacuzzi skorzystaliśmy kolejnego ranka. Po wymeldowaniu się z hotelu przyszedł czas na większą ilość bąbelków. W termach wykupiliśmy opcję całodniową, bo taka opłacała się najbardziej. Do dyspozycji była ścieżka „aria/acqua” z salami typu sauna, o różnej temperaturze powietrza, z prysznicami na różne części ciała, i lodem do nacierania – można było nawet zrobić sobie ice bucket challenge ;) a ponadto kilka basenów z jetami i masażami wodnymi oraz strefa relaksu ze spokojną muzyką. Uwielbiam wodę w każdej odsłonie, ale nie spodziewałam się, że może mieć faktycznie tak zbawienny wpływ na ciało i umysł… nigdy wcześniej nie czułam się tak zrelaksowana, jak leżąc w półmroku w ciepłym basenie, w otoczeniu sennych melodii. Nie ma szans, by będąc w takim miejscu myśleć o problemach! A dowodem na spokój ducha niech będzie to, że nie byłam w stanie nawet zirytować się koniecznością 1,5 godzinnego czekania na dworcu na nasz powrotny pociąg ;)

12742528_10207718228447789_930917836816581352_n

Luty zaczął się więc rodzinnie, bo jeszcze na polskiej ziemi; zakończy się bez wątpienia wspaniale kulinarno-kulturalnym weekendem (goście goście!!); a w międzyczasie nie zabrakło chwili na oddech i szczyptę romantyzmu. Mogę sobie tylko życzyć, by każdy miesiąc obfitował w takie atrakcje! 8-)

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Adesso so e non dimentico*

Dzisiejszy Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu obchodziłam w szczególny sposób. Nie wspominałam chyba jeszcze na blogu o tym, że włoskiego poza telefonicznymi rozmowami z mamą A., książką o duchach i przygotowaniami do rozmów o pracę uczę się również, a może przede wszystkim, we wspaniałej szkole „Binari” (tłum. „perony”, bo pierwszym miejscem spotkań był budynek dworca centralnego;)), w całości prowadzonej przez wolontariuszy i otwartej dla wszystkich obcokrajowców (również nielegalnych imigrantów – pojęcie nieograniczające się bynajmniej do uciekinierów z Syrii). O kursie językowym jako takim może innym razem – a jako korepetytorka mam wiele refleksji na jego temat – dziś krótko o jednym z dodatkowych projektów, w którym miałam okazję wziąć udział.

Nasi nauczyciele są bardzo aktywni w sferze kulturalnej i społecznej, organizują konferencje, wyjścia do muzeów i spotkania m.in. w szkołach. Tym razem wspólnie z nauczycielami szkoły podstawowej zaaranżowali spotkanie uczniów piątej klasy z imigrantami (dzień pamięci potraktowano jako okazję do rozmowy również o innych ważnych problemach społecznych), i tak właśnie trafiłam dziś do sali pełnej żądnych wiedzy 10- i 11-latków. Określenia tego nie użyłam na wyrost – byłam w absolutnym szoku w związku z ich ciekawością i otwartością! Takie wydarzenia zawsze kojarzyły mi się z przymusowym uczestnictwem i niechęcią do zadawania jakichkolwiek pytań; tutaj dzieciaki niemal biły się, by móc się odezwać. A pytania mieli przeróżne, niektóre banalne, inne całkiem głębokie:

Dlaczego tu przyjechaliście?
Czego wam brakuje?
W jakiego Boga wierzycie?
Czy język włoski jest trudny?
Gdzie spędziliście pierwszą noc?
Co czuliście pierwszego dnia?
Jakie są wasze ulubione potrawy?

…i wiele, wiele innych, których już nie pamiętam, tak byłam zafascynowana całą sytuacją! Nie byliśmy wprawdzie grupą zbyt zróżnicowaną, większość opuściła kraje rodzinne z własnej nieprzymuszonej woli i wiedzie życie dość ustabilizowane. Może dlatego spóźniony na spotkanie Babucar z Senegalu, który do Włoch dostał się na łodzi przez Morze Śródziemne, przywitany został przez dzieciaki oklaskami i masą wyciągniętych na powitanie rąk – zapewne liczyły na ciekawsze historie niż nasze „musiałam wstać wcześnie rano, by zdążyć na lot” ;) Ale wszyscy czuliśmy się tam wspaniale: słuchano nas uważnie i wybaczano językowe błędy („to nic, ja też je robię”, „congiuntivo jest trudne”). A po zakończeniu imprezy zostaliśmy otoczeni przez młodych adeptów wiedzy i poproszeni o dziesiątki autografów 8-)

12656004_10207603470778919_968771594_oUkraina, Polska, Argentyna i Maroko widziane oczyma Tomasa ;)

*”Teraz wiem i nie zapomnę (dosł. zapominam)” - hasło projektu szkolnego, w którym wzięliśmy udział, związane rzecz jasna z Holokaustem. Każdy z nas został poproszony o przetłumaczenie go na rodzimy język. Egzotyczną odpowiedź Babucara dzieciaki skrzętnie zanotowały ;)

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj