Bodypainting – chodź, pomaluj mój świat

Słowo się rzekło… kobyłka u płotu, z opóźnieniem wprawdzie, ale niestety – pogoda robi swoje. Poziom mojej energii spada wprost proporcjonalnie do wzrostu temperatury :P Dziś już znośnie, przez cały dzień nie więcej niż 30 stopni, ale we wtorek wieczorem (była 21) było 33, odczuwalna 36! Mimo działającej na okrągło klimatyzacji nie zrobiłam tego dnia, jak Boga kocham, nic pożytecznego poza praniem -.- Dziś za to od rana z zapałem wzięłam się za różnorakie tryby we włoskim i mowę zależną… na papierze idzie całkiem znośnie, pomijając drobny szczegół, że przy okazji zapominam te same zagadnienia w nieużywanym od niepamiętnych czasów hiszpańskim. Cóż – przyjdzie czas i na taką powtórkę, na razie skupiam się na tym, by to, co na papierze, zastosować też w praktyce i męczę A. o przepytywanki ;)

No, ale my tu gadu gadu, a doszły mnie słuchy, że co niektórzy są ciekawi wrażeń z Austrii :) A było… zaskakująco fajnie!

Czemu zaskakująco? Cóż, głównym powodem naszego wyjazdu był festiwal Bodypainting, o którym wspominałam poprzednio. A. uczestniczył w nim już kilka razy (jako obserwator), a jego najlepszy kumpel jako fotograf. Nie wiem czy chciało Wam się poczytać, o co w całej imprezie chodzi, więc w skrócie: bodypainting to sztuka malowania na ciele za pomocą różnych technik. Zaczęło się od klasycznego „brush & sponge”, czyli pędzla i gąbeczki (wyobraźcie sobie taką do makijażu), później pojawił się też „airbrush”, co zdaje się bywa tłumaczone jako „natrysk” (hmm). Farbę wydmuchuje się przez specjalne urządzenie, można zatem z łatwością tworzyć skomplikowane rysunki poprzez przyłożenie do ciała wzoru. Obecnie poszczególne kategorie obejmują również makijaż kreatywny, makijaż z efektami specjalnymi i same efekty specjalne – najbardziej spektakularna część festiwalu! W tym przypadku mniej jest malowania, a więcej przyklejania do ciała/głowy papieru i innych materiałów, uformowanych w przedziwne kształty.

Zasady festiwalu są proste: przez kilka godzin i częściowo z pomocą asystentów artyści malują modelki (panów jest zdecydowanie mniej), kierując się „tematem dnia”. W tym roku były toGry, w które gramy” (po angielsku brzmi lepiej…) oraz „Surrealizm – zmień swoją rzeczywistość”. Zwłaszcza drugi temat okazał się ciekawy, bo co do gier większość poszła na łatwiznę i najczęściej oglądaliśmy karty, kości albo – to już doprawdy nie wiem czemu – przedstawienie biblijnej Ewy z jabłkiem i wężem. Po zakończeniu pracy, po południu lub pod wieczór, odbywa się pokaz dla publiczności i ogłoszenie wyników obrad jury, które wybiera najlepsze „prace”. W międzyczasie modelki stawiają się na sesji zdjęciowej tylko dla fotografów (płacą oni za wstęp dużo więcej, jako że zdjęcia są dla nich również okazją do wygrania nagród, trafiają do portfolio itp. Nasz przyjaciel odnosi już pewne sukcesy – jego zdjęcie trafiło na broszurę imprezy, a inne wygrało konkurs z zimowego, mniejszego wprawdzie festiwalu). Modelki lekko nie mają… stanie przez większość czasu, by artyście wygodnie było malować, problem z jedzeniem i piciem (cała umalowana albo z przyczepionym kostiumem nie będziesz często biegać do toalety) – dość powiedzieć, że na terenie kursowały 2 karetki, bo dziewczynom zdarza się wręcz zemdleć, tym bardziej w takim upale. Jedna z nich musiała dźwigać kostium o ciężarze kilkudziesięciu kilo… z zakrwawionymi ramionami nadal uśmiechała się do fotografów i publiczności. Dla zwykłego obserwatora natomiast to, co ciekawe, zaczyna się pod koniec dnia, mimo że wszystkie namioty artystów są otwarte i można z bliska przyjrzeć się ich pracy – co jest o tyle dobre, że da się dostrzec szczegóły, których spod sceny nie zauważysz. Jednak trudno by było biegać między ludźmi przez 8 godzin, dlatego właśnie obawiałam się, że nie do końca będę miała czym wypełnić sobie czas.

Okazało się jednak, że moje obawy były płonne. Festiwal to nie samo malowanie, bo nikt nie zapłaciłby kilkudziesięciu euro za te kilka godzin pokazu… Non stop odbywają się koncerty, warsztaty (te niestety płatne), można dać zrobić sobie makijaż czy masaż. Przyznam że ja akurat trzymałam się bezpłatnych aktywności :) a nie było to trudne, bo wszystko odbywało się na zalesionym (zaparkowanym? :P) terenie przy samym jeziorze. Również wynajęty przez nas domek znajdował się bardzo blisko, więc w ciągu 5 minut mogliśmy znaleźć się na plaży. Kiedy chciałam być bliżej kluczowych wydarzeń, wskakiwałam do wody prosto ze ścieżki przy festiwalu, ewentualnie szłam na bardziej „wypasioną” plażę ze zjeżdżalnią, gdzie na szczęście mieliśmy darmowy wstęp. Przy ponad 30 stopniach było to idealne połączenie, bo gdy tylko czułam, że moja głowa ma dość słońca, zanurzałam się na choćby 10 minut – o ileż tańsze, zdrowsze i przyjemniejsze od tabletek przeciwbólowych! Ostatnią kąpiel odbyliśmy po północy, żeby nieco oczyścić się po Color Splash, czyli imprezie na zakończenie festiwalu, podczas której wszyscy obrzucają się i smarują farbami, żeby i zwykli obserwatorzy mogli radość koloru odczuć na własnej skórze :D

Sama miejscowość (Portschach) jest bardzo przyjemna, ale w takich okolicznościach przyrody trudno się dziwić. Do zwiedzania poza jeziorem są jeszcze otaczające je wzgórza ;) ale rzecz jasna na taką wycieczkę nie mieliśmy czasu, zwłaszcza że A., znający masę ludzi z festiwalu, chętnie się z nimi widywał, pomagał przy kostiumach itp. Ja w wodzie spędzałam tyle czasu, ile tylko mogłam, najchętniej bym tam zamieszkała. Jezioro jest prześliczne, niemal turkusowe, a przede wszystkim bardzo, bardzo czyste; do tego stopnia, że woda reklamowana jest jako zdatna do picia. Cóż, ja i mineralnej bym nie piła, gdyby pływały w niej setki ludzi ;) ale fakt, że zazwyczaj po kąpieli odczuwa się potrzebę zwykłego prysznica i mydła, a tam rzeczywiście skóra nie miała powodu do narzekań.

Nie zabrakło polskiego akcentu – nasz artysta zakwalifikował się do finalistów, aczkolwiek na jednej z dalszych pozycji, zaś grupa Art Color Ballet zajęła II miejsce w kategorii Fluoro UV! Tu nie miał znaczenia temat pracy, liczyło się użycie farb fluoroscencyjnych i show na scenie. Duma! Pomijam, że Włosi zajęli kilka miejsc w najważniejszych kategoriach :P ale faktem jest też, że tutaj ta sztuka jest dużo bardziej popularna – do Austrii przyjechało co najmniej 10 artystów.

Jeśli chodzi o zdjęcia, chętnie wrzuciłabym wszystkie… Blog.pl nie pozwala mi jednak szafować przestrzenią dyskową :/ Zresztą jeszcze nie obrobiłam całości. Moje fotki wyszły dość słabo, bo aparatem w telefonie ciężko uchwycić modelkę biegającą po dalekiej scenie. A. ma mnóstwo bardzo dobrych, ale jeszcze ich nie zdążyłam przejrzeć; może zatem za jakiś czas prześlę linka do zbiorczego albumu, a tutaj zamieszczę chociaż kilka najlepszych. Zdjęciami jeziora bym Was nie zarzucała ;) ale to, co wyczyniają niektórzy artyści, to prawdziwe dzieła sztuki!

A tymczasem my powróciliśmy do mniej kolorowej rzeczywistości – na A. po urlopie oczywiście czekało mnóstwo pracy. Ja się nie przemęczam, ale nie ukrywam że brakuje mi tu dużego zbiornika wodnego :P Siedzimy grzecznie w domu póki co, ale bilety na sierpień już kupione! Kierunek: dom, wesele W. i P. oraz… Turcja! Ach och… 8-)

DIPINGERE – malować
VINCERE – wygrać
LA TINTA – farba
LA MODELLA – modelka
IL LAGO – jezioro
LA SPIAGGIA – plaża

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>