Chińczyk a sprawa polska

Nad Mediolanem niebieskie niebo…

…tak tak, było ostatnio o postanowieniach i dobrych nawykach, ale chyba powinnam dodać jeszcze jeden: ograniczyć temat pogody na blogu :D Prawda jest jednak taka, że ciężko nie brać tego czynnika pod uwagę. Owszem, nie mieszkam w egzotycznym kraju, żeby ekscytować się niecodziennymi zjawiskami atmosferycznymi, ale nie przestają mnie zadziwiać pewne różnice pomiędzy krajami moim i A. – czy właściwie, żeby uściślić, pomiędzy Polską a samym Mediolanem, który otoczony jest (daleko bo daleko, ale jednak) górami, co na klimat wpływ ma spory. Poza letnią mieszanką upału i burz nie można mówić o zmiennej pogodzie: jak się dzień zacznie, tak i się skończy, a niebo albo jest całkowicie zasłonięte chmurami, albo czyściutkie.

I tak po dżdżystym i szarym początku roku na nowo przyszły dni słoneczne. Rankiem powietrze pachnie wiosną, a w naszym parku dodatkowo – nie wiedzieć czemu – drożdżówkami :D Na targu kupuję truskawki, smak naturalnie nie ten, ale do śniadania w sam raz. Temperatura jednak zimowa. A to zmusiło mnie w końcu do zapoznania się z rynkiem usług drobnych w Mediolanie, jako że moja wytęskniona przez cały grudzień i przywieziona w końcu z domu kurtka raczyła się zepsuć natychmiast po wyjściu z samolotu. Zirytowana 10-minutową walką z suwakiem przed każdym wyjściem z domu i nieco zaniepokojona wizją jeszcze chłodniejszych dni (ach! aż minus 5! 8-) ) zdecydowałam się udać do krawca. Pan Chińczyk zignorował moją sugestię wymiany całego zamka i naprawił tylko sam jego początek – ujął mnie tym, bo słuchając mnie zarobiłby 4x więcej ;) – i znów niestraszne mi mrozy.

Co do Chińczyków i innych nacji – mieszkam w okolicy pełnej obcokrajowców. Na targu kupuję od południowców (nie podejmuję się określić narodowości, ale jest na pewno co najmniej jeden Egipcjanin, a arabski słychać często, choć wszyscy znają oczywiście i włoski), salony fryzjerskie i właśnie pracownie krawieckie prowadzą Chińczycy. Tych ostatnich można też spotkać w sklepach sprzedających „mydło i powidło”, niekoniecznie produkcji własnej. Dosyć często odwiedzam bardzo rozbudowaną sieć „Aumai”, która oferuje chyba wszystko poza żywnością. Po bzdurki typu żarówka, torebka na prezent czy haczyki na ścianę udaję się właśnie tam. Na głównej ulicy w pobliżu mnóstwo jest też sklepów z produktami spożywczymi z poszczególnych krajów/kontynentów oraz przedsiębiorstw zajmujących się np. przekazami pieniężnymi za granicę albo sprzedażą tanich kart telefonicznych do rozmów międzynarodowych. Poszczególne narodowości kojarzone są z konkretnymi zawodami, co nie jest może zbyt przyjemne, ale w większości pokrywa się z rzeczywistością. I tak sprzątają najczęściej Filipinki, do opieki nad starszymi i chorymi osobami zatrudnia się Polki i Ukrainki (włoska nazwa zawodu to badante), a wśród kurierów dostrzec można sporo imigrantów z Ameryki Południowej. To oczywiście spore uproszczenie, ale rzecz jasna wielu przyjezdnych tak właśnie rozpoczyna swoje życie we Włoszech: opiekunka do dziecka, wyprowadzacz psów, itp., itd.

A ja wciąż szukam, szukam i… śnię o SGH-u :D

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>