Luty da się lubić!

Luty nieubłaganie zbliża się do końca – muszę przyznać, że nigdy wcześniej nie byłam tak boleśnie świadoma kolejnych mijających miesięcy! Nieuchronność upływu czasu podkreślił wczorajszy urodzinowy dzień, mimo że po raz pierwszy w życiu nie świętowałam go w żaden szczególny sposób. Wieczór spędziłam w barze razem ze znajomymi z włoskiego, w tym z dziewczyną, która tego samego dnia kończyła 25 lat (oj pamiętam te urodziny na Kicu!!) i która zapytała mnie o działający krem na zmarszczki. Chyba powinnam potraktować to jako komplement :P

Śmichy-chichy, ale fakty są takie, że podczas już niemal roku na obczyźnie owszem pogłębiły się moje zmarszczki „od śmiechu”, podczas gdy zniknęły całkowicie te od zdenerwowania! True story. Zasługa A., niewątpliwie :)

Tak się złożyło dodatkowo, że rozchorowaliśmy się oboje przed samym weekendem: A. kaszel męczył już od 2 tygodni, mnie powaliło prawdopodobnie połączenie tegoż kaszlu z zarazkami przywleczonymi ze szkoły. Oczywiste, że nie mieliśmy ochoty na żadne szczególne wyjścia czy imprezy. Tym bardziej więc cieszę się, że udało się nam przynajmniej poprzedni, walentynkowy weekend spędzić nieco ciekawiej. Jako stateczna i w słusznym wieku para :) wybraliśmy się do miejscowości uzdrowiskowej Salsomaggiore Terme – niewielkiego miasteczka słynącego z łaźni, zawodów sportowych i, jak się okazało, również konkursu Miss Italia. Decyzja została podjęta w piątek ok. północy, po szczegółowym porównaniu przeróżnych destynacji, warunków w hotelach, rozrywek i cen biletów kolejowych ;) W ten sposób, po zaledwie 1,5 godzinie podróży, zaliczyłam trzeci, po Lombardii i Wenecji Euganejskiej region – Emilia-Romania.

Atrakcje hotelowe obejmowały, jak się okazało, raptem jedną wannę z jacuzzi (przy okazji, kto wiedział że to słowo wymawia się z włoska, od nazwiska WŁOSKIEGO wynalazcy?…) i maleńką saunę; do tego w sobotę okazało się, że nie ma już na nie wolnych godzin. Wieczór umiliła nam więc przepyszna kolacja w bezpretensjonalnej rodzinnej restauracji: grzyby i trufle w niesamowitych ilościach! – zaś z jacuzzi skorzystaliśmy kolejnego ranka. Po wymeldowaniu się z hotelu przyszedł czas na większą ilość bąbelków. W termach wykupiliśmy opcję całodniową, bo taka opłacała się najbardziej. Do dyspozycji była ścieżka „aria/acqua” z salami typu sauna, o różnej temperaturze powietrza, z prysznicami na różne części ciała, i lodem do nacierania – można było nawet zrobić sobie ice bucket challenge ;) a ponadto kilka basenów z jetami i masażami wodnymi oraz strefa relaksu ze spokojną muzyką. Uwielbiam wodę w każdej odsłonie, ale nie spodziewałam się, że może mieć faktycznie tak zbawienny wpływ na ciało i umysł… nigdy wcześniej nie czułam się tak zrelaksowana, jak leżąc w półmroku w ciepłym basenie, w otoczeniu sennych melodii. Nie ma szans, by będąc w takim miejscu myśleć o problemach! A dowodem na spokój ducha niech będzie to, że nie byłam w stanie nawet zirytować się koniecznością 1,5 godzinnego czekania na dworcu na nasz powrotny pociąg ;)

12742528_10207718228447789_930917836816581352_n

Luty zaczął się więc rodzinnie, bo jeszcze na polskiej ziemi; zakończy się bez wątpienia wspaniale kulinarno-kulturalnym weekendem (goście goście!!); a w międzyczasie nie zabrakło chwili na oddech i szczyptę romantyzmu. Mogę sobie tylko życzyć, by każdy miesiąc obfitował w takie atrakcje! 8-)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>