Złapał katar Katarzynę

Przyszła kryska na matyska: dziś po raz pierwszy odwiedziłam włoskiego lekarza. Wiekopomne to wydarzenie zawdzięczam (jak się okazało) przeziębieniu; w ramach terapii otrzymałam więc tylko aspirynę i zalecenie „naładowania baterii” – da się zrobić!

Sama wizyta różniła się nieco od tych, do których byłam przyzwyczajona w Polsce. Nie mam pojęcia, czy wszystkie przychodnie tak tu wyglądają, ale ta składa się z jednego tylko gabinetu i poczekalni, nie ma żadnych pielęgniarek, recepcjonistek ani numerków – przyjmuje (wg kolejności przyjścia) tylko jeden lekarz, zresztą przez zaledwie 3 godziny dziennie, co ma oczywiście wpływ na długość oczekiwania. Pierwszą próbę podjęłam już wczoraj i szybko zrezygnowałam, dziś przezornie przyszłam jeszcze przez otwarciem i… byłam chyba ósma :) Równiutko po godzinie udało mi się wejść do gabinetu, ale muszę przyznać, że atmosfera podczas wizyty zrekompensowała niedogodności, bo nasz lekarz (zapisałam się do niego z polecenia A.) jest przemiły, każdego odprowadza do drzwi, wita i żegna uściskiem dłoni i słowami „cieszę się, jeśli mogłem pomóc”. Przyznacie, że to już nowa jakość ;)

Nie da się ukryć jednak, że lekarzom jest tu trochę łatwiej. Wyżej opisana „procedura” dotyczy naszego lekarza rodzinnego, natomiast w przypadku potrzeby udania się do specjalisty wystarczy zadzwonić pod jeden (jeden!) numer, bez konieczności wiszenia na słuchawce czy biegania do wszystkich przychodni w okolicy. To, ile trzeba na tego specjalistę czekać, to już odrębna sprawa, ale na szczęście nie dane mi było jeszcze się o tym przekonać na własnej skórze. Dane pacjentów znajdują się od razu w systemie na komputerze lekarza, dzięki rejestracji za pomocą specjalnej karty, dzięki temu również wypisywaniem recepty nie trzeba się martwić: dostałam gustowny wydruk bez konieczności uzupełniania go o pieczątki itp. A że za kartą się sporo nachodziłam, to teraz kilka słów o niej – i o kilku innych ważnych włoskich dokumentach. Czyli dawno temu obiecany wpis „urzędowy”!

1. Codice fiscale: składa się z liter i cyfr, odpowiada w pewnym sensie naszemu PESEL-owi. Pierwszy i najważniejszy dokument, który można i trzeba załatwić we Włoszech. Można, bo zajmuje to raptem kilka minut bez zbędnych urzędniczych pytań, a trzeba, bo bez tego numeru nie otrzymamy wypłaty w pracy, nie kupimy telewizora na raty ani numeru telefonu. Poproszono mnie o jego wprowadzenie nawet podczas zamawiania przez internet biletów do muzeum ;) Ma służyć do, no cóż, częściowo na pewno do kontroli obywateli, ale niewątpliwie ułatwia życie, bo znajduje się we wszystkich bazach urzędów.

2. Tessera sanitaria: czyli karta z powyższym numerem, będąca dowodem ubezpieczenia i niezbędna u lekarza, jak również przy zakupie leków w aptece. Podobno te na receptę są tu bardzo tanie – okaże się w najbliższym czasie. Samo ubezpieczenie nie jest rzecz jasna problemem, kiedy ma się stałą pracę (nie jestem pewna, jak to wygląda w przypadku długotrwałej pracy-zlecenia – zdecydowanie mój miesięczny kontrakt mnie do ubezpieczenia nie upoważniał). W mojej sytuacji jedyną opcją było samodzielne uiszczenie opłaty, która nawet nie jest bardzo wysoka: niecałe 400 euro za rok kalendarzowy. Tak, niestety, kalendarzowy, co oznacza, że czy w listopadzie, czy w styczniu – zapłacimy tyle samo.

3. Residenza: zameldowanie. Jako mieszkanka Unii teoretycznie nie muszę się nim przejmować, bo nigdy nie spędzam we Włoszech całych 3 miesięcy, a to limit czasu, po którym (a właściwie przed którym) należy się zameldować. Zresztą nie wyobrażam sobie kogoś przyjeżdżającego na, dajmy na to, 3-miesięczne wakacje – a co – i przechodzącego przez tę całą biurokrację! Większe problemy mają cudzoziemcy spoza UE, którzy muszą uzyskać pozwolenie na pobyt. Byłam świadkiem zatrzymania i wylegitymowania obcokrajowca na ulicy, na szczęście dla chłopaka karabinierzy byli wyrozumiali. Jednak gdybym chciała kiedyś ubiegać się o włoskie obywatelstwo, legalny (udokumentowany) pobyt będzie podstawą do takiego wniosku, dlatego już od jakiegoś czasu kompletuję papierki. Poza oczywistymi, kopia dokumentu tożsamości czy codice fiscale, potrzebne jest m.in. wyżej opisane ubezpieczenie, zaświadczenie o zarobkach lub przynajmniej środkach własnych na utrzymanie, umowa o wynajem mieszkania… No i nie ma tak dobrze, że można sobie wziąć papiery i skoczyć do urzędu! Zarezerwowałam wizytę w styczniu na… środek marca. Wszystko zatem jeszcze przede mną ;)

Dolce vita, czyż nie? Polska i włoska biurokracja idą łeb w łeb ;)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>