Rocznica nie do świętowania

Zazwyczaj piszę o rzeczach przyjemnych, bo po pierwsze, po co siebie i czytelników dołować, a po drugie nie mam specjalnych powodów do narzekań (polityki nie licząc :P). Dziś jednak niespecjalnie miła rocznica, otóż okrągły roczek jestem bez stałej pracy. „Najdłuższe wakacje świata” już dawno temu przestały cieszyć, mimo że niestety widzę po sobie, że przyzwyczaiłam się do zarywania nocy, późnego wstawania i leniwego snucia się po mieszkaniu w piżamie. O nudzie nie ma mowy, bo ja generalnie się w swoim własnym doborowym towarzystwie nie nudzę nigdy; na szczęście nie jestem też w domu uwięziona i czy to zajęcia na kursie, czy wyjście na lunch lub jakąś wystawę są miłym sposobem na wypełnienie dnia. Zwłaszcza teraz, gdy wszędzie maszeruję ;) Ale nie da się ukryć, że pracy mi brakuje i to do tego stopnia, że przy ostatnim projekcie, w którym udało mi się wziąć udział, siedziałam kamieniem do późnej nocy, niestraszny był mi ból pleców i nadgarstka od klikania, co więcej – wstawałam z uśmiechem na twarzy i zadziwiałam szefostwo wydajnością.

Właśnie: żeby przedstawić sprawę jasno, powinnam też dodać, że brak „normalnego” etatu nie oznacza przecież, że przez ten rok nie robiłam nic. Przede wszystkim, każdy kto kiedykolwiek pracy poszukiwał zgodzi się ze mną, że sam ten proces to niezła harówka ;) A tak na serio, mam za sobą kilka epizodów pracy tymczasowej i wbrew temu, co myślałam o takowej wcześniej, wspominam je bardzo dobrze. W ostatniej (kontrola dokumentów bankowych i wprowadzanie danych) płaca za tydzień wyniosła prawie tyle, ile w Polsce na etacie za cztery, gdybym więc miała takie przygody raz w miesiącu, nie narzekałabym już naprawdę na nic!

A narzekają chyba wszyscy. We Włoszech mnóstwo jest młodych bezrobotnych, a najlepsze, na co może liczyć jakieś 90% z nich (moje prywatne, luźne obserwacje) to niskopłatny staż czy właśnie praca dorywcza. Być może trochę się tym pocieszam, ale naprawdę myślę, że w tym momencie w Polsce byłoby mi o wiele łatwiej coś znaleźć – chociażby ze względu na języki, których znajomością może się tu pochwalić wbrew pozorom coraz więcej osób. Wielu Włochów ma wciąż problem z angielskim, ale młodzi uczą się go już intensywnie, a imigranci z takiej, powiedzmy, Ameryki Południowej mają nade mną naturalną przewagę w postaci języka hiszpańskiego (który ukrył się w mojej głowie gdzieś w szarym kąciku i nie chce, łobuz, meldować się na żądanie!). Publiczne instytucje kulturalne, do których na początku się kierowałam, nie przyjmują tzw. kandydatur spontanicznych ani nie prowadzą rekrutacji, ponieważ pracę w nich można dostać wyłącznie na podstawie konkursu.

Kolejny problem to prawo pracy, czy może raczej podatkowe. Tak jak wspomniałam wcześniej, chętnie „ciągnęłabym” prace dorywcze, nawet mając przed sobą widmo groszowej emerytury, ale legalnie mogę otrzymać od jednej firmy tylko 5 tys. euro rocznie. Teoretycznie jeśli firma chce pracownika zatrzymać, powinna zaoferować mu stałe stanowisko, w praktyce… wiemy, co się dzieje. Mieliśmy z A. nieśmiałe plany zorganizowania kursów angielskiego w jego firmie, naturalnie ze mną w roli głównej, ale bardzo możliwe, że zostaną pokrzyżowane właśnie przez ten przepis (bo któremu księgowemu będzie się chciało użerać z biurokracją i szukać nowych sposobów na zapłatę, gdy może po prostu zatrudnić kogoś z własną działalnością gospodarczą, która mnie w tym momencie w ogóle się nie opłaca). A dodatkowo samo czekanie na wypłatę to oddzielna historia, standard to 1-2 miesiące. I tak np. według pewnej firmy obietnica „pieniądze prześlemy na konto do 10 d.m.” oznacza „18 d.m. wyślemy ci rachunek, który masz wypełnić i dopiero wtedy zrobimy przelew” :roll:

No, ulżyło mi :P Żeby już nie przymulać, zakończę akcentem ze wszech miar pozytywnym: SYCYLIA! Jedziemy w sierpniu, w końcu! Tak tak, też uważam, że to świetne posunięcie w kontekście powyższych narzekań i pewnej wielkiej imprezy do zorganizowania w przyszłym roku ;) ale ileż można mieszkać we Włoszech bez wyprawy nad morze?! I to jeszcze w miejsce, gdzie będziemy mieć (poniekąd) własny dom i cudną plażę 5 minut piechotą od niego. Nie mogę się wprost doczekać, nie wiem czy bardziej morza czy sycylijskich łakoci, o których słyszałam już tyle, że poprzeczka zawędrowała naprawdę wysoko. I taaaak waaarto żyć… :)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>