Portugalski alfabet

zamek Maurow z dalekaZamek Maurów, Sintra

Do Lizbony chciałam pojechać… no nie, nie od zawsze :) ale na pewno odkąd zaczęłam trochę więcej podróżować i w głowie zrodził się (jakże oryginalny) plan odwiedzenia wszystkich europejskich stolic. Z wielu młodzieńczych pomysłów się wyrasta, ale z podróżniczych, uważam, nie ma żadnego powodu rezygnować, jak by banalne nie były. A  zatem, jak tylko A. dostał wolny tydzień i sprawdziliśmy, że o tej porze roku w Chile pogoda nie dopisuje ;) wybór padł właśnie na Portugalię.

Początkowo zamierzaliśmy zrobić objazdówkę w naszym standardowym stylu: 2 dni w jednym miejscu, nie dosypiamy, zwiedzamy od świtu do nocy i dalej w autobus. Portugalia w sumie daje takie możliwości, kraj nie jest w końcu duży, a cały tydzień w jednym mieście wydawał nam się stratą czasu. Z drugiej jednak strony potrzebowaliśmy też odpoczynku: A. jak zawsze, a ja dosyć wyjątkowo, po pracy i przygotowaniach do egzaminu z włoskiego. Obie te rzeczy zakończyły się (na to przynajmniej wygląda) bardzo pozytywnie i w nagrodę zafundowaliśmy sobie odrobinę luksusu, czyli noclegi wyłącznie w Lizbonie :D Swoją drogą wyszło to dość opłacalnie, bo szukaliśmy pokoju przez airbnb, a pociągi do pobliskich miasteczek były bardzo tanie.

widok z luku na miasto i zamek w LizbonieWidok z Łuku na Rua Augusta na Lizbonę

Rezultat? Lizbonę zwiedziliśmy dość dokładnie – chociaż oczywiście mowa tu o jej „turystycznej”, zabytkowej części. Zobaczyliśmy kilka muzeów, kościołów, ogrodów botanicznych, a nawet oceanarium. Bardzo dużo po prostu chodziliśmy, odkrywając nowe piękne widoki i zawsze jeszcze więcej schodów ;) Miasto jest niewątpliwie piękne i ma swój urok, chociaż… wiecie jak to jest, kiedy wszyscy namawiają was na przeczytanie książki/obejrzenie filmu, bo jest tak super, że po prostu NIE MOŻNA się nie zachwycić? No właśnie ;) Ja zaniemówiłam ze wzruszenia na widok oceanu, a nie wąskich uliczek czy zamku św. Jerzego (choć lubię się włóczyć po zaułkach, a zamki kocham z zasady). I chyba tak już zostanie, dzieła rąk ludzkich zawsze będą na mojej liście trochę niżej niż cuda natury. Podobnie czułam się w okolicznych miasteczkach. W Mafrze udało nam się zobaczyć wyłącznie jeden pałac i byłam tą wizytą całkiem usatysfakcjonowana, ale już w Sintrze, pełnej ślicznych kolorowych pałaców i zamków, największe wrażenie zrobiła na mnie przyroda.

Nie będę zanudzać szczegółowymi opisami wszystkich możliwych zabytków, bo po pierwsze sama nie lubię takowych czytać, a po drugie po coś w końcu mamy Wikipedię :P Kto koniecznie chce poznać moje zdanie na temat muzeum Gulbenkiana, tego zapraszam do serwisu tripadvisor! W zamian… skrócony portugalski alfabet ;)

A jak AZULEJOS – czyli kafelki. Zazwyczaj niebieskie, na co wskazuje sama nazwa (azul – niebieski) ale malowano je też na inne kolory. W Lizbonie jest świetne muzeum im poświęcone, zawiera też zbiory sztuki współczesnej w tym samym klimacie, ale kto nie przepada za muzeami, na azulejos natknie się tak czy inaczej, na ścianach czy to zabytków, czy metra, czy zwykłych domów.

20160616_153553You had one job!… 

20160617_135151B jak BACALHAU – czyli poczciwy dorsz. Przyrządzany na przeróżne sposoby: w formie ciastek z nadzieniem, zapiekany z serem, grillowany albo najbardziej tradycyjnie, a Bras, a więc tworzący z ziemniakami i cebulą coś na kształt sałatki. Idealny dla osób, które za rybami nie przepadają, jak ja, chociaż… nie zliczę, ile ryb w Portugalii zjadłam i chyba już się nie mogę dłużej oszukiwać. Z hukiem wylatują z listy nielubianych potraw!

E jak EURO – 2016 rzecz jasna. Tak jak meczów na co dzień nie oglądam, tak podczas mistrzostw nawet to lubię. Ale na pewno nie bylibyśmy na bieżąco, gdyby nie ten wyjazd, bo rozgrywki puszczano w TV w niemal każdym barze czy restauracji, gdzie akurat jedliśmy obiad/kolację. Nie udało mi się niestety załapać na zwycięstwo Polski nad Irlandią, ale Włochów oglądaliśmy na telebimie na największym placu Lizbony.

F jak FADO – nie wybraliśmy się na żaden koncert ani nic w tym rodzaju, ale Portugalczycy śpiewają też… na ulicy, tak po prostu. Nie wiem czy miało to jakiś związek z akurat świętowanymi dniami patronów Lizbony, a tym samym z luźniejszą atmosferą na mieście, ale było sympatyczne. Co więcej, spacerując wokół zamku natknęliśmy się na parę, która muzykowała (była to jak podejrzewam bardziej próba niż koncert) w pobliskim barze. Siedzieli na zewnątrz, więc poniekąd występ mamy zaliczony :P

G jak GINJINHA – innymi słowy wiśniówka. Skosztowaliśmy jej z czekoladowych kubeczków w jednym z barów/sklepów alkoholowych w Sintrze. Wiśnióweczką nigdy nie pogardzę, ale kompleksów nie musimy mieć. A. skomentował od razu: smakuje jak ta od twojej mamy! ;)

J jak JACARANDA – drzewo o prześlicznych fioletowych kwiatach. Nie spotkałam się jeszcze z takim, dlatego trafiało pod obiektyw na co drugiej ulicy ;) W porze, w której byliśmy w Lizbonie, kwiatuszki zaczęły akurat opadać i tworzyć na ziemi dywany.

20160615_162925Na oryginalnym i bardzo urokliwym cmentarzu Prazeres.

K jak KONIEC ŚWIATA – rzecz jasna z eurocentrycznego punktu widzenia ;) Będąc w Lizbonie nie mogliśmy nie zahaczyć o Cabo da Roca, czyli najbardziej wysunięty na zachód punkt naszego kontynentu. Wiało, ach wiało! – co dodatkowo utrudniało zrobienie jakiegokolwiek (ale przecież obowiązkowego w tej sytuacji) zdjęcia wśród masy innych podekscytowanych turystów. Jednak wrażenia moim zdaniem warte są tej wyprawy.

nasze ulubione jedzenie w restauracji nepalskiejN jak NEPAL – z jakichś powodów dzielnicę, w której mieszkaliśmy, szczególnie upodobali sobie Nepalczycy. Na każdym kroku natykaliśmy się na nepalskie sklepy, punkty usługowe i restauracje. W tych ostatnich zakochaliśmy się od razu: nasze ulubione azjatyckie składniki, potrawy mniej jednak pikantne niż indyjskie (to akurat plus dla mnie;)). W efekcie nepalskie knajpki odwiedzaliśmy średnio co drugi dzień, zajadając się ryżem na tysiąc sposobów.

O jak OCEAN – moja miłość do Wielkiej Wody jest nieustająca, a ocean, mimo że lodowaty (cóż – nie spodziewałam się niczego innego), zajął pierwsze miejsce w moim wodnym rankingu! Taki urok ma przede wszystkim obserwowany z Cabo da Roca.

plaza w Costa da Caparica - lodowata woda oceanuTu akurat plaża: Costa da Caparica

P jak PAŁACE – romantyczne, magiczne, bajkowe. Kto nie dotarł do moich zdjęć, niech wygoogluje „Palacio Pena Sintra” albo „Quinta da Regaleira”. Otoczone parkami w stylu angielskim (bardziej lasem wręcz) mogą przytłoczyć ilością wrażeń i kolorów – to raczej ten pierwszy – ale też zrelaksować, bo wśród drzew i stawów łatwo znaleźć spokojny zakątek.

Quinta - studnia…jak na przykład taka studnia. Cicho, samotnie… ;)

S jak SCHODY – przyzwyczailiśmy się do nich tak jakoś trzeciego dnia. Problem z Lizboną jest taki, że bez mapy (a często nawet i z jej pomocą) nigdy nie wiesz, gdzie poprowadzi cię następna ulica, a tym bardziej, czy pójdzie w górę czy w dół. W sumie, o ile są to schody, to jeszcze nie tak źle! Skręcanie „na czuja”, bo ta droga na pewno łączy się z tamtą, może się skończyć kilometrowym nadrabianiem.

20160615_160646T jak TRAMWAJE – może dla mieszkańców niektórych krajów to faktycznie atrakcja, przejechać się tramwajem, jak dla mnie kiedyś trolejbusem? :D Żółty wagonik wspinający się po stromej uliczce to niejako symbol Lizbony. O ile jednak skrzypienie starego, drewnianego i zatłoczonego pojazdu ma dla mnie urok może przez pierwsze 5 minut, o tyle rzeczywiście rozumiem zachęcanie do przejażdżki linią nr 28, która wozi zwykłych mieszkańców, ale już wśród odwiedzających określana jest jako turystyczna. Już same piesze wędrówki po mieście mogą przyprawić o zawrót głowy, widok aut hamujących w ostatniej chwili na wzniesieniu o palpitacje serca, cóż więc powiedzieć o uczuciu, gdy z odległości kilku centymetrów obserwujemy przeciskanie się tramwaju pomiędzy ścianami domów i ciasno zaparkowanymi samochodami. W niektórych miejscach piesi musieli przytulać się do budynków, by wagonik o nich nie zaczepił, a w innych słychać było zbiorowe „uuu!” pasażerów, gdy podjeżdżaliśmy wyjątkowo wysoko.

Z jak ZAKUPY – stołowaliśmy się głównie na mieście, portugalskie ceny są bowiem dość przyjazne (porównuję do włoskich, ale myślę, że i w złotówkach można uchronić się przed bankructwem). Jedno danie kosztowało nas średnio od 5 do 8 euro. Droższe były lody na mieście: ponad 3 euro za najmniejszą porcję, fakt jednak, że trafiliśmy wyłącznie do bardzo znanych i polecanych lodziarni. Natomiast miłym zaskoczeniem były ceny w supermarkecie, gdzie za tradycyjne ciastko „pastel de nata” wystarczyło zapłacić kilkanaście centów (uprzedzam wątpliwości: smakowało dokładnie tak samo jak to z eleganckiej cukierni), a za zwykłą bułkę… sześć. Tak, sześć centów! Tutaj nie widziałam w sklepach nic, co miałoby cenę obejmującą wyłącznie drugie miejsce po przecinku :P Większość produktów była rzecz jasna w bardziej standardowych cenach, a jeśli chodzi o zabytki, to czasami trzeba się przygotować na wydatki, niemniej i tak stwierdzam uroczyście, że Portugalia to niezły wybór, jeśli szukamy miejsca na urlop bez wydawania masy pieniędzy.

I tak się to toczyło… było pięknie i prawdziwie wakacyjnie. Kolejna podróż już zaplanowana – Sycylio przybywam! A może macie jakieś sugestie co do poślubnej? to w końcu już za rok… dokładnie za rok :)))

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>