Chińczyk a sprawa polska

Nad Mediolanem niebieskie niebo…

…tak tak, było ostatnio o postanowieniach i dobrych nawykach, ale chyba powinnam dodać jeszcze jeden: ograniczyć temat pogody na blogu :D Prawda jest jednak taka, że ciężko nie brać tego czynnika pod uwagę. Owszem, nie mieszkam w egzotycznym kraju, żeby ekscytować się niecodziennymi zjawiskami atmosferycznymi, ale nie przestają mnie zadziwiać pewne różnice pomiędzy krajami moim i A. – czy właściwie, żeby uściślić, pomiędzy Polską a samym Mediolanem, który otoczony jest (daleko bo daleko, ale jednak) górami, co na klimat wpływ ma spory. Poza letnią mieszanką upału i burz nie można mówić o zmiennej pogodzie: jak się dzień zacznie, tak i się skończy, a niebo albo jest całkowicie zasłonięte chmurami, albo czyściutkie.

I tak po dżdżystym i szarym początku roku na nowo przyszły dni słoneczne. Rankiem powietrze pachnie wiosną, a w naszym parku dodatkowo – nie wiedzieć czemu – drożdżówkami :D Na targu kupuję truskawki, smak naturalnie nie ten, ale do śniadania w sam raz. Temperatura jednak zimowa. A to zmusiło mnie w końcu do zapoznania się z rynkiem usług drobnych w Mediolanie, jako że moja wytęskniona przez cały grudzień i przywieziona w końcu z domu kurtka raczyła się zepsuć natychmiast po wyjściu z samolotu. Zirytowana 10-minutową walką z suwakiem przed każdym wyjściem z domu i nieco zaniepokojona wizją jeszcze chłodniejszych dni (ach! aż minus 5! 8-) ) zdecydowałam się udać do krawca. Pan Chińczyk zignorował moją sugestię wymiany całego zamka i naprawił tylko sam jego początek – ujął mnie tym, bo słuchając mnie zarobiłby 4x więcej ;) – i znów niestraszne mi mrozy.

Co do Chińczyków i innych nacji – mieszkam w okolicy pełnej obcokrajowców. Na targu kupuję od południowców (nie podejmuję się określić narodowości, ale jest na pewno co najmniej jeden Egipcjanin, a arabski słychać często, choć wszyscy znają oczywiście i włoski), salony fryzjerskie i właśnie pracownie krawieckie prowadzą Chińczycy. Tych ostatnich można też spotkać w sklepach sprzedających „mydło i powidło”, niekoniecznie produkcji własnej. Dosyć często odwiedzam bardzo rozbudowaną sieć „Aumai”, która oferuje chyba wszystko poza żywnością. Po bzdurki typu żarówka, torebka na prezent czy haczyki na ścianę udaję się właśnie tam. Na głównej ulicy w pobliżu mnóstwo jest też sklepów z produktami spożywczymi z poszczególnych krajów/kontynentów oraz przedsiębiorstw zajmujących się np. przekazami pieniężnymi za granicę albo sprzedażą tanich kart telefonicznych do rozmów międzynarodowych. Poszczególne narodowości kojarzone są z konkretnymi zawodami, co nie jest może zbyt przyjemne, ale w większości pokrywa się z rzeczywistością. I tak sprzątają najczęściej Filipinki, do opieki nad starszymi i chorymi osobami zatrudnia się Polki i Ukrainki (włoska nazwa zawodu to badante), a wśród kurierów dostrzec można sporo imigrantów z Ameryki Południowej. To oczywiście spore uproszczenie, ale rzecz jasna wielu przyjezdnych tak właśnie rozpoczyna swoje życie we Włoszech: opiekunka do dziecka, wyprowadzacz psów, itp., itd.

A ja wciąż szukam, szukam i… śnię o SGH-u :D

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , | Skomentuj

O wyższości kwadracików nad haczykami, czyli rzecz o postanowieniach noworocznych

3 tygodnie „nowego roku”… trzeba się powoli zacząć przyzwyczajać i do wpisywania innej daty (choć jako żywo nie mam gdzie jej wpisywać :P) i do nieuchronnej zmiany odpowiedzi na pytanie o wiek (szczęśliwie wciąż większy procent pytających mi nie wierzy). Specjalnych postanowień noworocznych tym razem nie robiłam, mimo że chodzi za mną nauka kolejnego języka: na prowadzenie wysuwa się rosyjski, nawet jeśli za nim nie przepadam. Może macie jakieś inne sugestie? wolałabym np. norweski, ale traktuję to jako inwestycję i trochę decyduje liczba użytkowników danego języka… Pomijam tu fakt, że włoski i hiszpański już robią spory misz-masz w mojej głowie :D jednak łatwo można zrzucić to na karb ich wspólnego pochodzenia; dlatego chwilowo absolutnie odpada odkurzanie francuskiego czy portugalskiego.

Nie mam typowych postanowień, chyba że bierzemy pod uwagę 52 nowe potrawy :D Ale to, czego rzeczywiście mocno chcę, trochę zależy od szczęścia, a trochę od mojej wytrwałości i samozaparcia, tak więc chciałam skoncentrować się nie na celu jako takim, ale na drodze do niego. Postanowiłam skorzystać z pomysłu Arvinda Juneji z tego oto wpisu na jego blogu, który (pomysł, nie blog – choć i ten drugi wart uwagi) motywuje mnie dużo bardziej, niż tworzenie listy zadań na każdy dzień. Takie listy układałam sobie przez całe życie i faktycznie działały, ale sprawdzały się raczej wtedy, gdy wiedziałam, że tak czy inaczej wykonam dane zadania konkretnego dnia, bo nie mam innego wyjścia (w pracy albo przed klasówką w zamierzchłych czasach liceum) – chodziło tylko o dodatkowy doping i o porządek. Teraz nad głową nic nie „wisi”, deadline’ów (wybaczcie potworek językowy) brak, więc zdecydowanie trudniej się zmobilizować do regularności w działaniach. Zamiast odhaczania i dołowania się brakiem kolejnych haczyków zamalowuję kwadraciki przy poszczególnych „zadaniach”, które chciałabym wykonywać codziennie. Niby niewielka zmiana, ale robi różnicę, bo dużo bardziej do człowieka przemawia, gdy widzi, ile już się w tym miesiącu napracował! A jeśli nie zrobił, to też działa, bo po kilku dniach pustych kwadracików dla własnej satysfakcji zaczyna się poranek od połknięcia żaby – od właśnie tego najtrudniejszego zadania. Właściwie ciężko nawet mówić o zadaniach, to raczej nawyki, które podobno najłatwiej wyrobić sobie po kilku tygodniach nieprzerwanego stosowania. Poza oczywistymi „nauka języka” mam więc w mojej tabelce zalecenia np. zdrowotne, a nawet związane z życiem społecznym. Wszystko po to, by przestać narzekać „ale ten czas leci” i spojrzeć na to przykre skądinąd zjawisko w inny sposób: oto mijają kolejne tygodnie, nawet nie wiadomo kiedy, ale popatrz, ile w tym czasie zdołałeś/aś zrobić! :)

12620822_10207550805582322_1428074766_oJak widać, w pewnych dziedzinach są niedociągnięcia :oops: ale dziś jest duża szansa na wypełnienie wszystkich luk!

Tak czytam to, co napisałam, i ogarnia mnie przerażenie: oto wpis żywcem wyjęty z jakiegoś motywacyjnego poradnika, których szczerze nie znoszę! Niemniej jednak pomysł naprawdę działa i czyni cuda, choć niewykluczone, że w kolejnych miesiącach, gdy straci nieco na świeżości, trzeba będzie go zmodyfikować i uatrakcyjnić. Ewentualnie – dodać/zmienić „zadania”. A tymczasem opuszczam bloga, by pochylić się nad włoskim wypracowaniem dla A. (to moja dodatkowa motywacja:)) – kwadracik sam się nie zamaluje :D

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarzy

Buon Anno!

Słoneczne dni z początku zimy są w Mediolanie już tylko wspomnieniem… miasto od późnego popołudnia aż do poranka spowija gęsta mgła, temperatura w końcu odpowiada aktualnej porze roku, a dodatkowo widziałam dziś 1 (słownie: jeden) płatek śniegu! Chodzą wręcz słuchy, że w innych dzielnicach faktycznie śnieżyło*. Co jednak najważniejsze, spadł dziś w końcu deszcz! W końcu, bo ostatni zdarzył się, jeśli dobrze pamiętam, w październiku, a dla tego regionu Włoch taka niska częstotliwość to naprawdę rzadkość, bo zima jest tu zawsze bardzo wilgotna.

Deszcz lubię z zasady, a jeszcze bardziej wtedy, gdy w letnie wieczory uniemożliwia parkowym entuzjastom bongo doprowadzanie mnie do białej gorączki ;) w tym jednak przypadku powód radości jest o wiele poważniejszy: smog. Prawdę powiedziawszy nie odczuwałam nigdy różnicy pomiędzy powietrzem tutejszym a np. warszawskim – co w sumie może świadczyć nie najlepiej tak o moim zmyśle powonienia, jak i o naszej stolicy – ale władze Mediolanu w ostatnich dniach biły na alarm. Piękna pogoda nie pomagała… im więcej dni bez opadów i „czystego” nieba, tym gorzej. Pod koniec grudnia zatem na 3 dni (i tak krótko!) ograniczono ruch samochodów, wprowadzono tańsze bilety, by zachęcić do korzystania z komunikacji miejskiej, wreszcie zakazano ogrzewania powyżej 20 stopni – słyszałam wręcz o planie zamknięcia pizzerii, używających przecież tradycyjnych pieców. Rezultat: 2 swetry, bluza typu kizia-mizia (która skłoniła dziecko siedzące obok mnie podczas ostatniej podróży samolotem do łapania mnie za rękaw i prezentowania przy tej czynności szerokiego uśmiechu) plus kocyk i nadal było mi dziś nieco chłodno… ale wszystko to w słusznej sprawie! Zwłaszcza że razem z wymodlonym i wyczekanym deszczem w końcu poczułam opadający na ziemię SMOG. Ugh. Ble. Okropność! Wrażenia mniej więcej takie jak po wizycie w domowej kotłowni podczas rozpalania w piecu… mam szczerą nadzieję że jutro będzie lepiej i nawet mogę jeszcze trochę w tym celu pomarznąć ;)

Ale! Nie samym deszczem (a tym bardziej smogiem) człowiek żyje. A przed przywitaniem nowego roku trzeba odpowiednio pożegnać stary, i tak w czwartek świętowaliśmy ten ważny moment na typowo włoską modłę, a więc obfitą kolacją! Piekarnik pracował całe popołudnie, bo piekły się i ziemniaczki, i mięso (nadziewane innym mięsem…), i przekąski w postaci zawijasków szynkowo-serowych czy też bruschetty, i w końcu nawet deser – ciasto czekoladowe. Zaproszeni znajomi też nie zawiedli w kwestii potraw i w efekcie po kolacji nie mogłam się ruszać przez jakieś 40 minut. Ostatnio takie przejedzenie zdarzyło mi się na włoskim weselu, tej samej zresztą pary, którą teraz gościliśmy – fatum jakie, czy co? :)

20151231_162457 20151231_193046 20151231_225025

Przerywnikiem była gra w ulubioną ostatnio „Pandemię”, a o północy oczywiście szampan, zimne ognie i fajerwerki oglądane z balkonu. W tym roku nie powinny były się pojawić, ze względu na smog władze Mediolanu wydały zakaz strzelania, ale niestety to martwy przepis i sztucznych ogni było bardzo dużo. Pomijając kwestie smogu, wystraszonych zwierzaków itp. na sam widok nie narzekaliśmy, chociaż na odgłosy i owszem: po pierwsze petardy wybuchały już kilka dni wcześniej (nie potrafię zrozumieć, jaka w tym frajda, serio), a po drugie ktoś zastosował fajerwerki z piekła rodem, których wprawdzie nie widzieliśmy, za to słyszeliśmy coś jak huk bomby – tak przynajmniej go sobie wyobrażam. Nawet nie chcę wiedzieć, jak to brzmiało z bliska!

Tradycje sylwestrowo-noworoczne w Mediolanie nie różnią się diametralnie od naszych, jak widać po powyższym akapicie, choć jak przy wszystkich „dużych” okazjach konieczny jest obfity posiłek w formie kilkudaniowego obiadu, podczas gdy polskie imprezy to w większości przekąski i sałatki. Jednym z dań, które powinno zostać przygotowane, a później – o północy – skonsumowane, jest cotechino, czyli rodzaj grubej kiełbasy, ugotowanej i podawanej zazwyczaj z soczewicą. Nie zdążyliśmy go przygotować, ja osobiście nie żałuję, bo to nie moja bajka ;) w zamian zjedliśmy panettone - ciasto w formie babki, z bakaliami lub czekoladą, które spożywa się tutaj zawsze w okresie świątecznym. Tym razem raczyliśmy się panettone alla birra (piwnym)… miało faktycznie piwny posmak i o dziwo smakowało wyłącznie mnie, mimo że nie przepadam ani za tym alkoholem, ani za rodzynkami w cieście, ani za tym deserem w ogólności ;)

Resztki z sylwestra jedliśmy jeszcze wczoraj, na śniadanie, obiad i kolację, to zresztą nadal nie koniec – tu przynajmniej nie ma różnicy pomiędzy Włochami a Polską. A zatem z życzeniami wszystkiego najlepszego i… smacznego, buon anno!

12490161_10207431868768976_1609872040_o*AKTUALIZACJA: „biało” również u nas :D

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , | 1 komentarz

Paris Paris

IMG-20151216-WA0005Bilety do Paryża kupiliśmy dokładnie w dzień listopadowego ataku terrorystycznego… godzinę czy dwie przed przeczytaniem/obejrzeniem wiadomości. Radość z planowanego wyjazdu ustąpiła miejsca zgoła innym uczuciom. Do oczywistego smutku i strachu doszedł jeszcze fakt, że miasta, w którym się coś takiego zdarzyło, nie odwiedza się już z takim samym nastawieniem i podekscytowaniem. A jednak zdecydowaliśmy się na wyjazd, wychodząc z założenia, że po pierwsze nigdy nie wiadomo, gdzie i kiedy wydarzy się (odpukać!) kolejna tragedia, a po drugie – życie toczy się dalej, nie można się wiecznie ukrywać i skupiać na samych jego negatywnych aspektach. Tak więc polecieliśmy, wróciliśmy i szczęśliwie mamy tylko pozytywne wspomnienia.

Odwiedziliśmy najważniejsze atrakcje, choć nie wszystkie w najbardziej typowy sposób. Już na wstępie odrzuciliśmy pomysły wjazdu na wieżę Eiffla czy na dach katedry Notre Dame, zwłaszcza że szare niebo nie zachęcało do podziwiania panoramy miasta. Weszliśmy do kilku kościołów, poza katedrą oczywiście do bazyliki Sacre-Coeur na Montmartre i do przypadkiem napotkanego kościoła św. Marii Magdaleny, który zaskoczył nas swą monumentalnością, a jednocześnie przyjemną atmosferą w środku.

DSC_7233Z dołu patrzysz, patrzysz, a szczytu nie widać ;)

DSC_7197„Zaliczyliśmy” najbardziej znane muzea, przy czym Musee d’Orsay podobało nam się bardziej niż Luwr, który prezentuje starsze dzieła sztuki (nie sprawdziłam tej informacji, ale od przewodnika pieszej wycieczki po mieście usłyszeliśmy, że najnowszy eksponat pochodzi z 1851 r., podczas gdy kolekcja d’Orsay kończy się na roku 1850). Luwr jest rzeczywiście ogromny i siłą rzeczy nie sposób obejrzeć wszystkiego. My jednak przeszliśmy się po niemal wszystkich salach, a w każdym razie zerknęliśmy na każdy styl/rodzaj sztuki. A. lubi fotografować rzeźby, spędziliśmy więc sporo czasu na tym właśnie piętrze, mnie natomiast najbardziej podobały się apartamenty Napoleona oraz malarstwo holenderskie. Rzecz jasna nie mogło zabraknąć wizyty u Mony Lisy, o której tyle się nasłuchałam, że nie robi wrażenia, że daleko za szkłem, że wymiary dzieła rozczarowują… No cóż, chyba dobrze że się tak nastawiłam, bo dzięki temu całkiem mi się podobało ;) A że nie do końca rozumiem fenomen tego obrazu, to już inna kwestia.

 DSC_7077 DSC_7059

W salach z włoskim malarstwem nasłuchałam się od A. o obrazach skradzionych Włochom przez Francję – logiczne więc, że również on bawił się lepiej w d’Orsay. Impresjonizm robi wrażenie (;)) nie tylko na jego fanach, a i muzeum samo w sobie jest przyjaźniejsze zwiedzającym (czytaj: da się je zwiedzić w ciągu jednego dnia). Co do zasady, moje ulubione muzea to takie, które nie pokazują pięćdziesięciu różnych dziedzin czy stylów sztuki, ale skupiają się na jednym, za to dokładnie. Wtedy rzeczywiście można poczuć atmosferę miejsca, zanurzyć się w zupełnie innej estetyce… a dodatkowo ta wyjątkowo mi odpowiadała.

20151213_115146Nie że na golasa, ale że jasno, błogo i zielono :)

20151212_180254 Ostatnią atrakcją zwiedzoną „od środka” były katakumby: 6 milionów zmarłych (a konkretnie ich kości) w jednym miejscu. Przeniesieni zostali ze cmentarzy ze względów sanitarnych, pod koniec XIII wieku. To podziemny spacer z dreszczykiem, bo kości ułożone są jedna na drugiej, wszystkie razem, tak że można „wczuć się w klimat” o wiele bardziej niż na zwykłym cmentarzu.

DSC_6959 Zwykłych spacerów też było bardzo dużo, bez względu na temperaturę (a, jakbyśmy to powiedziały w Sośniczanach, skworu ni ma;)). Tylko z zewnątrz widzieliśmy np. Panteon. Architektura w Paryżu jest wyjątkowa i właściwie już oglądanie najzwyklejszych budynków mieszkalnych można potraktować jako element wycieczki. Przeszliśmy się drogą od Luwru do Łuku Triumfalnego (przez Pola Elizejskie, niesamowicie zatłoczone z uwagi na właśnie odbywający się świąteczny jarmark), kilka razy zrobiliśmy sobie spacer pod wieżę, zobaczyliśmy słynny Moulin Rouge, a poza tym wzięliśmy udział w darmowej wycieczce pieszej z przewodnikiem, dzięki czemu odpadła nam konieczność szukania informacji o wszystkich faktach historycznych gdzieś w internecie – bo jak nigdy pojechaliśmy totalnie nieprzygotowani, bez książkowego przewodnika czy nawet pobieżnego poczytania w necie, zakładając że przecież i tak wiemy, co chcemy zobaczyć ;) Na sam koniec zrobiliśmy sobie prezent w postaci wieczornego rejsu stateczkiem po Sekwanie. Był to całkiem niezły pomysł, bo również tam otrzymaliśmy szczegółowy historyczny komentarz na temat mijanych zabytków.

DSC_7249

Po tych wszystkich spacerach łatwo było zgłodnieć, nieco trudniej znaleźć knajpę, gdzie nie zostawi się majątku ;) Dla mnie to nie nowość, że w Zachodniej Europie niemal wszystko jest droższe, wiadomo że nie da się ciągle przeliczać na złotówki, ale nawet A. był zaskoczony cenami – mimo że w porównaniu z włoskimi nie różnią się aż tak drastycznie. Tak czy inaczej, nieraz spacer przedłużaliśmy aż udało się znaleźć coś rozsądnego, ale nie mogliśmy przesadnie narzekać: w porze obiadowej niemal wszędzie za 10-15 euro można dostać zestaw dwu- lub trzydaniowy (np. danie główne + deser). Jedynym problemem był Luwr, z którego teoretycznie można wyjść i wrócić później tego samego dnia… ale nie chcieliśmy sobie tym zawracać głowy, a ja nie byłam już w stanie wytrzymać głodu. Poszliśmy zatem do restauracji muzealnej, gdzie zjadłam najdroższą zupę w swoim życiu (przynajmniej jest co wspominać:P). Owszem, trzeba przyznać, że porcja była naprawdę solidna, a smak – kasztany z truflami – czuję do dziś. Na mieście kilka razy wybraliśmy  niezawodną i niedrogą kuchnię azjatycką; ja dodatkowo zajadałam się naleśnikami i kremem kasztanowym. Raz trafiliśmy zupełnym przypadkiem na malutką swojską knajpkę, w której gości usadzano tam, gdzie akurat było miejsce, a więc często przy zajętym już przez jedną osobę stoliku. Nastrój wspaniały, a przekrój społeczeństwa całkowity: matka z dzieckiem, młoda para, grupka przyjaciół (różnokolorowych, żeby było jeszcze bardziej przekrojowo), w końcu dwoje samotnych starszych ludzi, usadzonych obok siebie i już po chwili stukających się kieliszkami :) Było rzecz jasna wino, były i sery, które nie bez poświęcenia (ten zapach!!!) przywieźliśmy również do domu:

20151216_195414

No i najdłuższy akapit znów o jedzeniu, to nie może być przypadek :D

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

Let it snow!

12388976_10207309340145837_1174955767_oPo powrocie z przedłużonego paryskiego weekendu Mediolan przywitał nas pięknym słońcem i temperaturą bynajmniej nie grudniową (na śnieg nie ma tu co liczyć…), ale nasze myśli krążą wokół Świąt coraz intensywniej. W końcu wigilia już za tydzień!! Nie zapomniało o tym również dziecko sąsiadów z góry, które od kilku tygodni intensywnie, acz bez powodzenia ćwiczy na flecie „Jingle Bells” i chyba jakąś kolędę (ale to do ustalenia, bo trening nie daje specjalnych rezultatów). Uff… mimo wszystko i tak wolę flet od bongo w parku!

U nas atmosfera również pełną gębą: jest choinka (niestety sztuczna, ale przynajmniej kolorystycznie dopasowana), są zimowe świeczniki własnej roboty, są i suszone plasterki pomarańczy, które nie miały gdzie zawisnąć i w efekcie zostały brutalnie nabite na patyki do szaszłyków. A od dziś na stole także gwiazda betlejemska.

12394391_10207309341505871_1328187758_o 1468838_10207309419507821_891532362_o 12394714_10207309340985858_1066946104_o

Pełną parą ruszyły też świąteczne jarmarki, jednak wątpię, czy uda mi się zobaczyć je przed wyjazdem. Zaliczyłam paryskie i w sumie mi wystarczy; zresztą po wizycie na targach rękodzieła w zeszłym tygodniu asortyment nie mógł nas zaskoczyć. I właśnie o tych targach chciałam napisać kilka słów – idealnie wpisują się bowiem w konsumpcyjne szaleństwo grudniowe :)

20151207_115121 20151207_105906

L’Artigiano in Fiera (dosłownie „rzemieślnik na targach”) to coroczna impreza, na której wystawiają się firmy z całego świata – aczkolwiek połowę terytorium zajmują same Włochy, z podziałem na regiony. Prezentowane jest… właściwie wszystko i moje tłumaczenie może być nieco mylące, jako że z „rękodziełem” kojarzą się nam głównie ozdoby, biżuteria czy torebki. Oglądaliśmy wszelkiego rodzaju dekoracje, ubrania, bieliznę pościelową, zabawki, wyposażenie domu, ale też pyszności z przeróżnych krajów. Tutaj królowały bezsprzecznie Włochy i to w tej części zakupiliśmy najwięcej „pamiątek”: A. salami, a ja krem pistacjowy :) Nie brakowało degustacji, posmakowałam na przykład różnych sosów truflowych czy likierów. Zdecydowanie włoski przemysł żywieniowy udowodnił, że nie ma sobie równych pod względem różnorodności. Polska miała tylko kilka stoisk i byłam trochę rozczarowana, bo tyloma rzeczami możemy się przecież pochwalić! Widziałam m.in. sklep z bursztynem, ale największym powodzeniem cieszyło się stoisko z… obrusami bezplamowymi (!) oraz ręcznie malowanymi bombkami. Tutaj królują plastikowe, więc za oryginalne szklane trzeba sporo zapłacić – i jak widać wiele osób jest gotowych to zrobić.

20151207_115038To akurat bombki z jakiegoś innego kraju – polskie możecie obejrzeć pod linkiem powyżej.

My skoncentrowaliśmy się na podziwianiu, zwłaszcza że ceny na takich targach raczej nie są promocyjne – podobno warto pójść w ostatni weekend (fiera trwa zawsze ponad tydzień), kiedy sprzedawcy chcą się pozbyć towaru i można faktycznie trafić na okazję. Nie mieliśmy jednak takiej możliwości i ostatecznie skusiłam się tylko na torbę z już nie pamiętam którego azjatyckiego kraju… mimo świadomości, że na miejscu kosztowałaby ze 4 razy mniej, podobnie jak tureckie świecidełka, które na wakacjach kupowaliśmy na straganach za grosze. Lepszy interes zrobiliśmy na zakupie za zaledwie 10 euro kapy na łóżko, którą wykorzystujemy jako obrus (na zdjęciu z pomarańczami), ponieważ to jedyny materiał w odpowiednim kolorze, jaki udało nam się w ciągu ostatnich kilku miesięcy znaleźć :D

Cóż – zakupy zrobione, misja przyozdabiania jednego domu zakończona… czas się pakować i szykować na kolejne prace dekoratorskie! Choinka w Sośniczanach, jak wynika z najświeższych informacji, już czeka :)

12347814_10207228190677151_3879487341589870998_n

LA FIERA – targi
L’ARTIGIANO – rzemieślnik
NATALE – święta Bożego Narodzenia
L’ALBERO DI NATALE – choinka
LA TOVAGLIA – obrus :)

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , | Skomentuj

Małe zbrodnie kuchenne

…czyli czego Polka we Włochu nigdy nie zrozumie!

Bywa, że jestem grammar nazi, o czym niektórzy DRODZY znajomi już wiedzą ;) z A. nieraz śmieję się natomiast, że jest food nazi. Konkretne makarony z konkretnymi sosami, przy tym daniu nie ma mowy o parmezanie (a niewiele brakuje, bym posypywała nim kanapki, no pyszny jest i już), no i oczywiście keczup – a co dopiero ananas! – na pizzy to najgorsze możliwe bluźnierstwo. Ach, nie zapominajmy o z góry ustalonych porach  posiłków; A. na pytanie „jesteś głodny?” odpowiada zwyczajowo „a która jest godzina?” i nie oszukujmy się, nie ma to nic wspólnego z jakąś szczegółowo rozpisaną dietą ;)

Poza terrorem godzinowym do wszystkich pozostałych zasad dostosowałam się bez problemu, a nawet z radością; trafił mi się bowiem egzemplarz, który nie tylko umie gotować, ale to uwielbia. Słowa „zrób mi proszę coś dobrego na obiad” nie wywołują ponurych westchnień i przewracania oczami, lecz prowokują do szukania nowych przepisów, które w wydaniu A. sprawdzają się w 99% (żeby nie było, że patrzę przez różowe okulary :P). Od przyjazdu do Włoch i ja spędzam w kuchni dużo więcej czasu, i to nie tylko dlatego, że mam ją pod ręką przez zdecydowaną większość dnia (ech…). Najczęściej gotujemy wspólnie, ale nuda lub ambicja czasami prowokują mnie do eksperymentów. Efekt ostatniego z nich na poniższym zdjęciu:

20151204_201808

1449249229561Uważny czytelnik zawoła teraz „ale to już było!” i częściowo będzie miał rację, bo również zapiekankę z bakłażanów (czyli prawie parmigianę) robiłam jakiś czas temu, ale jak się okazało tym razem mój pomysł wywołał konsternację A. (próbował się oburzać, ale mój upór wygrał) i zaciekawienie znajomych zaproszonych tego dnia na kolację. Zanim wasze napięcie sięgnie zenitu, pospieszę uspokoić, że tajemniczym składnikiem był najzwyklejszy w świecie makaron. Tak, makaron z warzywami jest ok, zapiekany makaron jest ok, ale bakłażan i penne razem?! Oto właśnie moja mała zbrodnia kuchenna :) A danie goście ochrzcili wdzięcznym mianem „pastigiana”. Warto było spędzić 1,5 godziny przyprawiając warzywa!

Zamiłowanie A. do kuchni nie ogranicza się bynajmniej do tej włoskiej, choć nie miałabym mu tego za złe: nie wydaje mi się, żeby w którymkolwiek innym kraju tyle wagi przywiązywano do jakości i odpowiedniego połączenia ( 8-) ) produktów. Polskie potrawy smakują mu nawet bardziej niż mnie, a w każdym razie jest jedyną w tym mieszkaniu osobą zajadającą się kiszonymi ogórkami i chrzanem. A że zbliża się Boże Narodzenie i w mojej szkole organizowane będzie spotkanie z poczęstunkiem ze wszystkich naszych krajów… Cóż, równanie „polskie potrawy” + „atmosfera przedświąteczna” może mieć tylko jeden wynik: PIEROGI. Z kapustą i grzybami rzecz jasna.

20151206_193951 Bilans pierogów ulepionych i rozklejonych podczas gotowania: 71:1

Noooo ja wiem, wiem, że w tym wieku to może nie powinno być moje największe osiągnięcie ;) ale biorąc pod uwagę, że planowałam pozostawić w testamencie informację, by na moim nagrobku kiedyś napisano „ta, co nigdy nie zagniatała ciasta”… macie pewien obraz sytuacji. Nie wszystkie potrawy lubię przygotowywać, natomiast pierogi były dla mnie po prostu zawsze wyższym stopniem wtajemniczenia. Słowo daję, nie rozumiem dlaczego :) Owszem, cała impreza zajęła nam kilka godzin, ale efekt był absolutnie przepyszny i tylko jakąś ostatnią resztką woli zmusiliśmy się do wrzucenia połowy do zamrażalnika zamiast do żołądków. Następnego dnia mama A. (pomagająca nam nieco przy pierwszej turze) zadzwoniła z pytaniem o przepis, rodzinę powoli więc „przekabacam” na stronę polską :D

20151206_183038 20151206_183031

PS. Polak też potrafi bronić tradycji kulinarnych: szybko „ustaliliśmy” że istnieje tylko jeden słuszny sposób sklejania :)

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , | Skomentuj

Immacolata, czyli dlaczego znów mamy wolne ;)

Kolejny długi weekend! We Włoszech 8 grudnia, Niepokalane Poczęcie NMP (Immacolata Concezione), to święto dużo huczniej obchodzone. Przede wszystkim, to święto narodowe, więc wszyscy mają wolne, a i wczoraj (poniedziałek) większość firm była zamknięta – szczęśliwie również ta A.; ja natomiast nie miałam zajęć w szkole. Ten dzień to również ostatni moment, by na poważnie rozpocząć przygotowania do świąt Bożego Narodzenia, w domach pojawiają się więc przystrojone choinki i szopki, na placach świąteczne jarmarki, a na ulicach światełka. Naturalnie mało kto z dekoracjami czeka do tej ostatniej chwili i już od kilku tygodni możemy podziwiać iluminacje np. na jednej z najbliższych nam ulic, via Padova, albo na mojej drodze na kurs:

20151201_193736 20151201_191322

Również w centrum już tydzień temu widziałam jedną z największych choinek, ale ta na placu Duomo nie była jeszcze gotowa. My naszą ubraliśmy w mikołajki i już nie mogę narzekać na brak świątecznej atmosfery, tym bardziej że tego samego dnia ulepiliśmy 70 pierogów z kapustą i grzybami! Oczywiście połowa już zjedzona ;)

O pierogach jednak później, wróćmy do dzisiejszego święta. W tym roku jest to dzień dla chrześcijan szczególnie ważny, bo rozpoczyna obchody Roku Jubileuszowego. Szczerze przyznam, że do tej pory rzadko spotykałam się z informacjami na ten temat, ale biorąc pod uwagę, że poprzedni ogłoszono na rok 2000, mogłam te wiadomości przeoczyć/zapomnieć ;) Ten jubileusz związany jest z miłosierdziem i oficjalnie został przez Ojca Świętego zainicjowany poprzez otwarcie drzwi w Bazylice św. Piotra w Rzymie. Samo przejście przez te drzwi jest według tradycji równoznaczne z odpuszczeniem przez Boga popełnionych wcześniej grzechów. Drzwi będzie więcej, w tym jedne w Duomo w Mediolanie ;)

A zaraz obok Duomo, w La Scali, świętować można było w długi weekend kulturalnie, bo wczoraj wieczorem spektaklem „Joanna D’Arc” rozpoczął się sezon operowy. Na to wydarzenie, w skrócie określane jako „prima della Scala” zjeżdżają się najważniejsze osoby we Włoszech, łącznie z politykami, nie brakowało więc lekkiego napięcia – w ostatnich tygodniach Mediolan, podobnie jak inne duże miasta, wzmógł zresztą środki bezpieczeństwa podczas wszystkich dużych imprez (i nie tylko). Na szczęście wszystko przebiegło spokojnie, a jeśli ktoś chciałby szukać sensacji, to pozostaje mu co najwyżej zielonej suknia polityk (hmm do „polityczki” jeszcze się nie przekonałam) Danieli Santanché. Według mnie suknia jak suknia, ale w mediach i na portalach królują nawiązania do choinki, tak że tradycja świąteczna została zachowana ;)

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , | Skomentuj

Na straganie w dzień targowy…

…słyszy się najczęściej „ciao bella!” i mniej lub bardziej skuteczne zachęty do zakupu pomidorów i pietruszki u tego konkretnego sprzedawcy. W moim przypadku zazwyczaj mniej, bo nie lubię jak się do mnie krzyczy, nawet jeśli jest to bella ;) i staram się wybierać stoiska, na których jest spokojnie albo takie, gdzie już kojarzę sprzedawcę. Z tym spokojem też jest różnie, bo na zakupy w środę dzielnie ruszają wszystkie młodsze i starsze panie (panowie jakoś rzadziej, chyba że w towarzystwie). Tak czy inaczej zawsze wychodzę z targowiska z cięższą torbą, a właściwie nieocenionym wózeczkiem, niż planowałam. Na liście zawsze są pomarańcze na sok (nie pamiętam już, kiedy je po prostu jadłam!); cukinia, z której można zrobić wszystko; jabłka, wśród których dużego wyboru, w przeciwieństwie do Polski, nie ma; papryka i brokuły, które odkrywam na nowo (polecam brokułową sałatkę z serem feta, słonecznikiem i sosem jogurtowym) – a ostatnio również bakłażan, z którego stworzyłam dziś eksperymentalną zapiekankę! Daniami wieloskładnikowymi zazwyczaj zajmuje się u nas A., dlatego jestem z siebie dumna, bo wyszła naprawdę super (tutaj z ryżem):

12255404_10207150530895705_337799776_o

Moja dieta wzbogaciła się też o produkty, które w Polsce są mało popularne – a może po prostu ja nigdy się nimi nie interesowałam i nie szukałam w sklepach. Na targu bez problemu można nabyć na przykład jadalne kasztany, których we Włoszech jeszcze nie próbowałam, chociaż posmakowały mi podczas podróży w inne miejsca. Nie wyobrażam sobie też kanapki bez awokado, mimo że wcześniej go w ogóle nie kupowałam. Prawdziwie jednak zafascynowana jestem owocami kaki i koprem włoskim (inna nazwa to fenkuł, a po włosku – finocchio).

12248530_10207150530775702_448637144_o  12279675_10207150530535696_788182227_o

12244058_10153217954017742_120374427_nKaki je się dopiero wtedy, gdy są bardzo dojrzałe i mięciutkie – galaretkowaty miąższ wybiera się zazwyczaj łyżeczką, chociaż można również pokroić owoc normalnie i dodać do sałatki. Z tego co wiem, kaki pochodzą z Chin, ale we Włoszech uprawia się ich całkiem sporo, a jedno drzewko rośnie przy ulicy, którą chodzę codziennie :) Natomiast wszystkich zastosowań i sekretów finocchio jeszcze nie odkryłam – na razie jadłam go w postaci najzwyklejszej surówki, ale planuję wypróbować opcję z pieczeniem, bo podobno eliminuje anyżkowy posmak, który nie jest zły… ale chyba nie będzie mi go brakować. A już w zupełności przekonuje mnie przepis z dodatkiem sera parmigiano!

Może kiedyś sfotografuję też ośmiornice, które bynajmniej nie są tu rzadkością ;) ale póki co, jeśli chodzi o morskie przysmaki, przekonałam się tylko do pieczonych ryb i małży dodawanych do makaronu (dzięki czemu ich nie widzę i mogę udawać, że to dziwnie gąbczaste pieczarki :P). Za to poza wszelkimi produktami spożywczymi, ciuchami, kwiatkami i innymi standardowymi artykułami targowymi ostatnio pojawiły się… używane książki, na skutek czego do mojego wózeczka trafiła, za całe 1 euro, wielka księga opowieści o duchach! Po włosku rzecz jasna. Za jakiś rok (700 stron…) podzielę się wrażeniami :P

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , | Skomentuj

Kiedy przyjdzie, kiedy przyjdzie ten czas…

W obliczu wydarzeń ostatnich dni tak radosny temat wydaje się może nieco nie na miejscu. Ja sama chodziłam jak struta cały weekend, ale stwierdziłam, że nie mogę poddać się lękom i tym bardziej powinnam doceniać wszystkie drobne radości i przyjemności, które ofiarowuje nam życie – stąd dziś taki właśnie post.

W którymś z poprzednich wpisów wspomniałam, że również we Włoszech zaraz po Wszystkich Świętych w sklepach i na ulicach pojawiają się akcenty bożonarodzeniowe. Przyznałam się też, że mnie to właściwie wcale nie przeszkadza – pamiętam, jak któregoś roku z przyjaciółką Martą słuchałyśmy świątecznych piosenek już w sierpniu ;)

Czy jednak dla kogoś to przesada, czy nie, akurat mediolańczykom musi wybaczyć: Adwent już się zaczął! W obrządku ambrozjańskim trwa on 6 tygodni i rozpoczyna się w pierwszą niedzielę po 12 listopada. Zobaczymy czy wytrwam aż tyle bez słodyczy :P Wczoraj i my symbolicznie zainaugurowaliśmy ten okres, wybierając się po choinkę. A. nie chciał żywej – ja w domu rodzinnym już sobie bez niej nie wyobrażam Świąt, ale tutaj ustąpiłam, ponieważ nie spędzimy Bożego Narodzenia razem i chociażby z tego powodu planujemy ubrać drzewko dużo wcześniej i dłużej się nim cieszyć. A o to byłoby z żywym dużo trudniej.

Skoro jest już choinka (nie, niezłożona, z tym poczekamy jeszcze parę tygodni;)), warto pomyśleć o pozostałych elementach dekoracji! Zakupiliśmy jeszcze światełka, a ja dziś odwiedziłam sklep typu „misz-masz” i znalazłam pasujące do wystroju, fioletowo-srebrne bombki, a do tego wieniec na drzwi, gwiazdę i sporo innych drobiazgów.

12268456_10207139085009565_1848780538_o

Nie mogę się doczekać, kiedy zrobię z nich wszystkich użytek, ale to nie koniec, bo planuję wykonać trochę ozdób własnoręcznie. Na razie stworzyłam jedną drucianą gwiazdkę, ale jeszcze nie zasługuje na uwiecznienie na zdjęciu :)

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Z właściwej strony biurka

Dziś się trochę pochwalę… :)

Nie prowadziłam żadnych zajęć od pół roku i aż trudno uwierzyć, jak bardzo mi tego brakowało. Wczoraj po raz pierwszy miałam lekcję angielskiego ze znajomą A. i przypomniałam sobie, ile taka praca daje satysfakcji. Nieskromnie mogę dodać, że wpływ na taką refleksję miała ilość komplementów, jakie na koniec otrzymałam ;) Siedem lat korepetycji i pracy w szkołach językowych chyba przyniosło efekty, co jest o tyle jednak zadziwiające, że „oficjalnego” przygotowania pedagogicznego niestety mi brakuje… nieraz łapałam się na tym, że chociaż wiem jak przekazać wiadomości, nie mogę przedrzeć się przez mur obojętności czy niechęci do języka (na szczęście rzadko kiedy do samej mej skromnej osoby, choć i taki przypadek się zdarzył, ale tam chyba bardziej by się przydał egzorcysta :P). Wczoraj jednak skłoniłam do rozmowy osobę, która języka nie lubi i go od dawna nie używała i która rezygnowała ze wszystkich korepetycji po pierwszej lekcji, bo ją irytowały i nudziły. Okazało się, że przyniesienie materiałów i zadanie pracy domowej świadczy o profesjonalizmie – chyba nie dziwię się rezygnacji z poprzednich nauczycieli! Moja nowa uczennica doceniła też, że zmieniłam nieco program lekcji tak, żeby się do niej dostosować – nie wiedząc bowiem, na jakim jest dokładnie poziomie, przygotowałam troszkę za trudny materiał i w rezultacie ograniczyłyśmy się do jego części.

Ach wspomnienia :) Wszystkie te zajęcia, na które szłam uzbrojona w dwadzieścia różnorodnych ćwiczeń, a okazywało się, że na gwałt trzeba powtórzyć czasy do klasówki; na których chciałam zaskoczyć piosenką, a uczennica znała jej tekst na pamięć; na które zapominałam przynieść kserówek i musiałam improwizować, zadając dodatkowe pytania, zamieniając gramatykę na słownictwo i odwrotnie. Żarcik z brodą wśród korepetytorów: „nie zdążyłeś/zapomniałeś/nie chciało ci się przygotować lekcji? Zrób konwersacje” nie jest taki śmieszny, bo wbrew pozorom pokierowanie rozmową w obcym języku też wymaga przygotowania. Dla mnie (jako osoby uczącej się) zawsze na lekcjach języka obcego najtrudniejsze było wymyślanie, co by tu powiedzieć, zwłaszcza gdy temat był słabo sprecyzowany, dlatego siedząc po drugiej stronie biurka nie pozwalałam sobie raczej na takie niedociągnięcia. Oczywiście z biegiem czasu notowanie pytań przestaje być konieczne, trzeba po prostu wyczuć, z której strony pociągnąć. I tak jak wczoraj, zawsze sprawdza się zapytanie matki o jej dziecko ;)

Poszukiwanie pracy (stałej) trwa, trwa też zastanawianie się od nowa nad tym, co właściwie chcę w życiu robić… w końcu to kolejny początek i niektórzy powiedzieliby – bo ja na tyle odważna nie jestem – że mogę zacząć absolutnie wszystko od nowa. A tymczasem cichutki głos gdzieś głęboko podpowiada, że już dawno temu zdecydowałam, z czym sobie radzę najlepiej i że tego powinnam się trzymać.

A Wy trzymajcie kciuki, by wrażenia (i moje, i uczennicy) nie uległy zmianie za tydzień :D

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano | 3 komentarzy